Nowa, lepsza oferta dla oszczędzających długodystansowo leniuchów! Ale nie dla wszystkich…

Pamiętacie wpis o 10-letnich obligacjach skarbowych? O tym, że dla leniwych oszczędzaczy z awersją do ryzyka to w miarę niezła opcja? No to mamy lepszą ofertę. Ale tylko dla wybrańców. Mianowicie, ci którzy korzystają z 500plusowego błogosławieństwa mogą skorzystać z kolejnego – kupować obligacje skarbu państwa na lepszych warunkach niż cała reszta. Czy w ogóle warto? A może nawet warto sprzedać „zwykłe” obligacje, by wykupić te promocyjne?

option weekend in front of TV

Zacznijmy od perspektywy finansów domowych. Komentarz do wątku „makro” – na koniec.

Parę faktów na początek

500plusowcy (i tylko oni) mogą inwestować w obligacje 6-letnie lub obligacje 12-letnie.

Wysokość oprocentowania naliczana jest co roku i wynosi:

– dla 6-latek: 1.75% plus inflacja za rok poprzedni (lub po prostu 1.75%, gdy mamy deflację), przy czym w pierwszym roku jest to 2.6%.

– dla 12-latek: 2% plus inflacja za rok poprzedni (lub po prostu 2%, gdy mamy deflację), przy czym w pierwszym roku jest to 3%.

W obu przypadkach odsetki kapitalizowane są co roku (więc ładnie działa procent składany, tj. „odsetki od odsetek”). Obligacje można też sprzedać wcześniej bez utraty odsetek (nawet tych naliczanych stopniowo w trakcie roku), ale płacąc od każdej 100 złotowej obligacji prowizję wynoszącą 70 gr w od każdej obligacji 6 letniej i 2 zł w przypadku 12-latki.

I teraz ważne ograniczenie: możemy tych obligacji kupić za kwotę nie większą niż suma otrzymanych świadczeń od początku uczestnictwa w programie 500+. Jeśli ktoś otrzymywał od kwietnia 2016 po 500 zł, to w październiku (7-my miesiąc programu) może kupić obligacji aż za 3500 zł, a potem dokupywać po 500 zł w kolejnych miesiącach. A jeśli ktoś weźmie się za temat w marcu 2017, to będzie mógł wtedy kupić hurtem za 6000 zł. Ważne, by w żadnym momencie kwota wydana na obligacje nie była większa niż kwota otrzymanego świadczenia.

Drugie zastrzeżenie: te odsetki i inne warunki są ważne dla obligacji na październik. To znaczy jeśli ktoś kupi w październiku, to przez 6, czy 12 lat ma zagwarantowane to co napisane powyżej. Ale jeśli kupi w listopadzie, to być może będzie to już na nowych zasadach. Oczywiście nie zakładam, żeby w najbliższych miesiącach warunki były inne, ale z czasem się mogą zmienić. Podejrzewam, że będzie prowadzona polityka, by te obligacje miały „trochę lepsze parametry” niż zwykłe 10-latki (oprocentowanie 2.5% w pierwszym roku, potem 1.5% ponad inflację, 2 zł prowizji z a wcześniejszą sprzedaż ), więc jeśli one gwałtownie zmienią się, to te specjalne pewnie też.

I jeszcze jeden aspekt. Zawsze, kiedy mamy do czynienia z jakimiś ofertami obostrzonymi specjalnymi kryteriami (a tak jest tu) zapala mi kontrolna lampka, czy aby nie ma jakichś haczyków. Np. czy to są normalne obligacje gwarantowane przez Skarb Państwa, a nie na przykład jakieś dziwne bony, certyfikaty czy inne polisy których wartość (albo wręcz możliwość jakiegokolwiek zwrotu) podlegać będzie nie-wiadomo-jakim, niezależnym od nas czynnikom. Wygląda OK, list emisyjny podobny do innych. Kasa przepadnie tylko w przypadku bankructwa kraju. Nie jest to niemożliwe, ale to i tak jedna z najbezpieczniejszych form budowania oszczędności. Sądzę, że prędzej zbankrutuje parę banków i pojawi się problem z fizycznym brakiem środków w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym niż rząd każe posiadaczom obligacji spadać na drzewo.


Ile na tym zarobimy? Co lepsze: 6-tki, czy 12-tki?

Nie da się dokładnie przewidzieć ile ostatecznie się na tych obligacjach zarobi, a to z uwagi na sposób liczenia oprocentowania w zależności od inflacji. Taki sposób oczywiście jest dobry, bo daje w zasadzie pewność, że inflacja nie zje nam całych zysków. Tylko „w zasadzie”, a nie „na pewno”, bo jednak po uwzględnieniu podatku Belki przy na prawdę dużej inflacji (rzędu 10% rocznie) może z tym być różnie, ale ten sam problem dotyczy innych form oszczędzania.

Dla naszkicowania obrazu hipotetycznych zysków trzeba coś o inflacji założyć. Ja więc założyłem, że w tym roku jest to zero, a potem co roku mamy inflację na poziomie 3%. Przyjęcie nieco większej, czy nieco mniejszej średniorocznej stopy inflacji nie wywraca wniosków do góry nogami. Testowałem. Na pierwszy ogień idą 12-latki. Ile z nich wyciągniemy w zależności od tego kiedy wyjdziemy z inwestycji?

Symulacja zysków dla 12-letnich „rodzinnych” obligacji

Jak widać, na kokosy nie ma co liczyć. Ale z drugiej strony, to obligacje. Tu chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo oszczędności, a cokolwiek ponad to co zjada inflacja jest sukcesem. Porównajmy to z innymi bezpiecznymi opcjami w horyzoncie do 12 lat. W przypadku pójścia w lokaty założyłem że interesują nas 2-letnie (to ma być dla leniuchów!), o oprocentowaniu na poziomie inflacja za poprzedni rok plus 2.5% (to chyba realistyczne założenie, raczej nie ma dużo lepszych ofert). Założyłem też, że „sklejając” 12 lat z krótszych inwestycji reinwestujemy całe środki. Założenia odnośnie inflacji – jak wyżej.

Porównanie zyskowności różnych bezpiecznych opcji oszczędnościowych – symulacja

 

Wnioski:

I. 10-latki w IKE (które ma być faktycznie zabezpieczeniem na emeryturę, tj. do wypłaty po 60-tce) powinny dać najlepszy zysk, wszystko z powodu niepłacenia Belki oraz prowizji za wcześniejszy wykup. Te dwa elementy rekompensują niższe odsetki w stosunku do nowych obligacji.

II. Nie licząc krótkiego okresu (do 3 lat) nie opłaca się wchodzić w 6-latki. 12-tki wychodzą lepiej, a pod koniec okresu – wyraźnie lepiej.

III. Prawdopodobnie podobnie jak na 12-tkach można wyjść na zakładaniu kolejnych 2-letnich lokat bankowych. Choć nie ma gwarancji, że tak będzie – nie wiemy przecież ile banki zaoferują za dwa, za sześć, czy za dziesięć lat. Myślę, że te 2.5% ponad inflację, to wersja raczej optymistyczna, biorąc pod uwagę rosnące obciążenia sektora bankowego i słabnącą skłonność do płacenia klientom wysokich odsetek.

IV. Obligacji 10-letnich (poza IKE) nie opłaca się kupować, jeśli tylko możesz w zamian kupić 6-tki, czy 12-tki. Weź je pod uwagę, tylko gdy wykorzystasz już 500-plusowy limit.


A co, gdy masz już trochę obligacji 10-letnich? Może wymienić je na te nowe?

To zależy. Jeśli masz już 10-latki kupione przed 2013 rokiem to ich nie ruszaj, bo one zapewne są lepsze od całych tych dzisiejszych 6-tek, czy 12-tek. Po prostu, takie wtedy oferowano warunki (choć możesz się upewnić, sprawdzając odpowiedni list emisyjny).

Jeśli masz nowsze, to na szali trzeba położyć dwie rzeczy. Przechodząc na 6-tki, a tym bardziej na 12-tki przejdziesz na lepsze oprocentowanie. Z drugiej strony stracisz za to prowizję za przedterminowy wykup 10-latki i być może stracisz też za za przedterminowy wykup 12-tki (to zależy na ile faktycznie jesteś gotów zamrażać pieniądze). Jak to wychodzi?

Nie opłaci się z pewnością zamieniać 10-letnich obligacji gromadzonych w ramach IKE-Obligacje (jeśli faktycznie mają być jako IKE użyte, tj. wypłacone po 60-tym roku życia, zwolnione z podatku Belki).

A inne? Raczej tak, choć trzeba mieć świadomość, że kwotowo, to te zyski z zamiany będą nieduże.

Przykładowo, masz od dwóch lat 10-letnią obligację skarbową.

Jeśli nic z nią teraz nie zrobisz, to za 8 lat (przy inflacyjnych założeniach jak wcześniej) przyniesie Ci ona jakieś 136.30 zł, już po opłaceniu podatku.

Jeśli ją sprzedasz teraz, uzyskasz 102.85 zł. Drobne chowasz do skarbonki, a za stówkę kupujesz 12-tkę, którą za 8 lat sprzedasz za około 134.77 zł. Dokładając drobniaki ze skarbonki będziesz niecałe 1.30 do przodu na obligacji w stosunku do „nicnierobienia”. Zawsze coś, choć kwotowo… zależy ile masz takich obligacji do wymiany i jaki jest Twój 500plusowy limit.

 

 

 

Nieco korzystniej wychodzi, gdy perspektywa oszczędności wynosi co najmniej 12 lat. (kosztem jest tylko prowizja za wcześniejszą sprzedaż 10-latki, ale już nie -jak poprzednio –  prowizja za szybszy wykup 12-tki). Ale i tu mówimy o jakichś dwóch złociszach z jednej obligacji.

W sumie więc świeże, 10-letnie obligacje warto zamieniać na 12-tki. A tym bardziej warto zamieniać, gdy 10-letnie obligacje masz całkiem młodziutkie. Np kupione przed miesiącem. Dobrze to zrobić, choć nie jest to kwestia nie wiadomo jakiej fortuny do zgarnięcia.


Jak to można te obligacje kupić?

Po prostu, trzeba wejść na stronę obligacjeskarbowe.pl i kupić przez Internet. Serwis transakcyjny łatwy i prosty 😉 I do tego należy wyrazić zgodę na przekazanie danych, by można było sprawdzić, czy aby nie kupujesz ponad limit:)


Kto to w ogóle wymyślił? I po co?

I obiecane wcześniej spojrzenie bardziej globalne. To raczej jasne, że w całym tym przedsięwzięciu chodzi o to, by choć część pieniędzy z programu 500+ została, póki co, w kasie ministra finansów. Byłoby to także w zgodzie z linią wygłaszaną przez wicepremiera Morawieckiego o konieczności wprowadzenia zachęt do budowania oszczędzania, co bez dwóch zdań wydaje się słuszne. Tylko czemu akurat wiązać ekstra-obligacje z programem 500+?

Wybrańcy, którzy kwalifikują się do programu (a przecież zdania są podzielone, czy obowiązujący model jest taki sprawiedliwy) stają się wybrańcami po raz kolejny.

Jaką funkcję spełni 500+ przeznaczony na obligacje?

Zwiększenie dzietności? Jasne;) „Kochanie, myślę że teraz już możemy zdecydować się na dziecko. Będziemy dostawać 500 zł, kupimy za nie te super obligacje!”

Podnoszenie poziomu życia najbiedniejszych wielodzietnych rodzin? Niekoniecznie, wszak w praktyce w takich przypadkach większość idzie na bieżące wydatki. Choć byłoby świetnie, gdyby w każdej rodzinie choć część środków była zachowana na przyszłość.

Rozkręcenie gospodarki poprzez rzucenie kasy wprost na rynek? Jednoznacznie nie, bo zamrażamy te pieniądze na długie lata.

Powiedzmy sobie szczerze, częstokroć wejdą w to w miarę zamożne rodziny które, w zamian niewydawanie pińcety od razu, dostaną od rządu (tyle, że już pewnie innego;) ) ekstra bonus.

W takim razie, jeśli zachowane zostają tylko dwie rzeczy, tj. poprawa bieżącej sytuacji budżetu kraju i motywowanie Polaków do oszczędzania, to czemu nie dać każdemu możliwości wykupienia pewnej ilości takich super-obligacji? Jeśli te odsetki z punktu widzenia rządu są zbyt wysokie, by wypuścić masowe ilości tychże obligacji, to co za problem wstawić jakiś limit na twarz.

Ale może to jednak trafny marketingowy pomysł. Zawężamy grupę odbiorców i kierujemy jasny komunikat: „To oferta specjalnie dla Ciebie. Nie dla teściowej, ani nie dla Twojego sąsiada, co ma tylko jedno dziecko. To Ty jesteś wybrany i będziesz frajerem, jeśli nie skorzystasz”. Motywacja do zakupu rośnie. Gdyby oferta była dla wszystkich, to może nikt specjalnie by się nią nie przejął, poza ludźmi, którzy i tak kupują obligacje (i robią to mimo gorszej oferty)? Może po zawężeniu grupy odbiorców efekt sprzedażowy będzie lepszy? Kto wie? Osobiście spektakularnego szaleństwa jednak nie wróżę.

Pozostaje tylko oczekiwać, że wkrótce powstanie jakiś szerszy program wspierający budowanie domowych oszczędności. Właściwie to wystarczyłoby zapowiadane zniesienie podatku Belki dla oszczędności długoterminowych. Albo przynajmniej liczenie go tylko od zysku ponad inflację.

A teraz? Kto chce i może zaangażować środki, jest inwestycyjnym leniuchem nie lubiącym ryzyka, to chyba warto. Odpowiedzialność – jak zawsze – bierzesz jednak na siebie;)


Polecam wpis szczegółowy wpis o obligacjach 10-letnich, które są głównym punktem odniesienia dla tych nowych.

Zachęcam też do zerknięcia na wpisy powiązane z 500plusem:

o tym jak się nie wkopać przez ten program w tarapaty,

o tym, że warto mieć strategię wydatkowania tych pieniędzy,

i wreszcie o tym, jak można podejść do budowania długoterminowych oszczędności.

4 komentarze

  • Jestem w podobnej sytuacji jak kolega wyżej. Nie jestem zupełnie przekonana do obligacji, również wszystko trzymam na koncie oszczędnościowym. W biznesie różnie bywa i lepiej mieć jakąś gotówkę w zanadrzu.

  • Dla mnie osobiście obligacje to strata czasu i nie uwzględniam ich w swoim portfelu inwestycyjnym.

  • Ja jako osoba prowadząca działalność gospodarczą wolę jednak unikać takich długoterminowych inwestycji. Wolę mieć gotówkę pod ręką tzn. na koncie oszczędnościowym i kiedy nadarza się dobra okazja, zainwestować je w jakieś nowe projekty, które przyniosą jakiś dodatkowy zysk.

    • Mateusz Nikodem

      Jestem zdania, że każdy musi dobrze dobrać formę oszczędzania pod swoją sytuacje, cele i osobowość. Bez sensu jest np. trzymać pieniądze na obligacjach i jednocześnie brać np. kredyt na samochód;)
      Z drugiej strony – obligacje to zawsze taka „żelazna, bezpieczna rezerwa” – sądzę że w wielu sytuacjach część pieniędzy warto w nich trzymać. Trzeba pamiętać, że zawsze można z nich wyjść bez strat (w odróżnieniu od wszelakich rynków kapitałowych – tam zawsze może się okazać, że musimy wyjąć kasę, gdy akurat jest cenowy dołek). Ta stabilność, to przydatna cecha obligacji – choćby na wypadek gdyby „jakieś nowe projekty” jednak nie wypaliły;) Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do swoich własnych przemyślanych decyzji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *