Jak wyjść bez szwanku z dotacji 500 plus?

Tak, tak! Całkiem poważnie: zanim pomyślimy, co dobrego może nam dać dodatkowy pieniądz, to zastanówmy się jak nie pogorszyć sobie przezeń swojej sytuacji. Mówi się, że najgorszą rzeczą jaką beneficjent programu wsparcia rodzin z dziećmi „500+” może zrobić, to bezrefleksyjne zwiększenie konsumpcji, od którego ani nie poprawi finansowe bezpieczeństwo, ani nawet, w gruncie rzeczy, standard bieżącego życia. Takie szybkie przyzwyczajenie się do dodatkowych pieniędzy, które natychmiast zyskają etykietę „nam należnych” i które ani o jotę nie przybliżą nas do realizacji celów ważnych, acz nieco odleglejszych (jak, przykładowo,  sfinansowanie późniejszej nauki dzieciom). Otóż ja uważam, że sprawę można spieprzyć jeszcze bardziej. I to mimo dobrych chęci.

Mother and daughter putting coins into piggy bank

Na początek popatrzmy na skalę dotacji. W ciągu roku do ludzi trafi ponad 20 mld żywej gotówki. 20 mld złotych rocznie – to więcej niż jest na wszystkich kontach III filaru emerytalnego razem wziętych (a te istnieją od 12 lat)! To nie jest mała kasa!

Trudno sądzić, by instytucje finansowe nie przygotowały specjalnych kampanii w celu przytulenia choć części z tych „nowych” pieniędzy. Szczególnie, że częstokroć trafią one, z całym szacunkiem, do finansowych laików średnio ogarniających zawiłości produktowe i nieprzykładających zbytniej wagi do czytania umów (ot, taki efekt braku systemowej edukacji finansowej). Czyż nie jest to znakomita okazja do wyjścia na łowy?

Po pierwsze, banki biją się więc o to, by za ich pośrednictwem złożyć wniosek o wypłatę świadczenia. Oczywiście chodzi o to, by te pieniądze możliwie najdłużej w banku leżały i  tu niektóre z nich nawet silą się na pewne promocje, zazwyczaj z haczykami (atrakcyjne oprocentowanie tylko przez kilka pierwszych miesięcy, lub do określonej na niskim poziomie kwoty). Nie każdy to doczyta 😉

Mimo wszystko, otwarcie konta w innym banku w celu odłożenia na bok „pińceta” to niezły pomysł, o ile da się to zrobić na faktycznie darmowym rachunku. Dzięki temu raczej nie wydamy wszystkiego od razu i na spokojnie możemy się też zastanowić, co ze stopniowo gromadzonym kapitałem robić dalej.

Dziś jednak skoncentruję się na tym czego robić nie warto.

Często mamy dobre chęci. A powszechnie wiadomo, co jest nimi wybrukowane. Ostatecznie ważny jest przecież efekt. Więc chcąc niby dobrze, ale nie przykładając się porządnie do sprawy możemy wpaść w zasadzki, w które niechybnie będziemy wpędzani.

Naturalnie, możemy (szlachetnie i słusznie) pomyśleć o tym by uzbierać dla dziecka „na start w dorosłe życie”. Może studia, może jakiś wkład do mieszkania, może co innego. Co na nas potencjalnie czeka?

1. „super-specjalny” produkt systematycznego oszczędzania, z którego nie można wyjść w dowolnym momencie bez ponoszenia znacznych kosztów.

Mam na myśli różnorodne produkty np. ubezpieczeniowo-inwestycyjne ze stałą comiesięczną składką i horrendalnymi opłatami likwidacyjnymi. Te mogą sięgać na początku np. 99% wpłat, a w późniejszych latach dalej grube kilkadziesiąt procent.

Wiem, że wielu już się na to nabrać nie da. Sporo szumu o to było i ciągle jest. Ale publika osób którym można to wcisnąć znacznie się poszerzyła (np. o osoby, które jeszcze nigdy w żaden sposób nie oszczędzały, a teraz nagle mogą). Może nie dotarły do nich sygnały, by takich rzeczy unikać? Niestety, wciąż jest ryzyko na drugie życie dla takich ofert.

No dobra, do 2% kapitału karnie można oddać za wycofanie się przed terminem umowy. Za zerwanie lokat przed terminem też się traci część odsetek. Jest to jakiś standard. Ale kilkadziesiąt procent?? Proste pytanie: Jeśli produkt jest faktycznie dobry to przecież sam z siebie będę chciał z niego korzystać jak najdłużej, czyż nie? Czy naprawdę celem gigantycznej opłaty likwidacyjnej jest (jak twierdzą polecający ten produkt) uchronienie  mnie od podjęcia pochopnej decyzji o zaprzestaniu oszczędzania z byle powodu?  Gdybym widział, jak rośnie mój majątek, to uwierzcie, nie chciałbym rezygnować wcale.

A skąd pomysł na wycofywanie się z takiego programu oszczędzania?

– Bo tego typu konstrukcje charakteryzują się często bardzo rozbudowanym systemem opłat (za zarządzanie, ryzyko, administrację, transfer, zakup, wykup…) i nawet w czasach koniunktury mimo że „wszystko rośnie”, to rzeczywista wartość naszych oszczędności jakoś rosnąć nie chce. Nie mówiąc już o momentach, gdy na rynkach dominują spadki. Chęć przeniesienia tego co zostało do jakiegokolwiek bezpieczniejszego i tańszego w obsłudze miejsca pojawi się nieuchronnie, ale w praktyce nie bardzo będzie to możliwe.

– Mówimy cały czas o kontekście lokowania tam pieniędzy z programu 500+, zatem musimy mieć na uwadze, że okres zobowiązania może być dłuższy niż okres kiedy będziemy objęci programem dotacji (to przecież polityka, wszystko może się zmienić z miesiąca na miesiąc). Jeśli więc zaciśniemy zęby i dalej będziemy płacić comiesięczne składki, to może się zdarzyć, że straty przewyższą sumę rządowych dotacji.

2. „wystrzałowy sposób na nieprzeciętne, magiczne zyski” – i to taki, z którego w odróżnieniu od poprzedniego, da się wyjść w dowolnym momencie. Przynajmniej do czasu.

Mam na myśli np. jakiś „Amber Gold bis”. Zanim zaufamy, rzućmy okiem na listę ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego. Oczywiście nawet jak danej instytucji tam nie ma, to jeszcze żadna gwarancja, że oferta jest bezpieczna. Dalej nie wyłączajmy więc krytycznej analizy oferty, czytania umów itd.

Dalszy komentarz chyba zbyteczny. To już na prawdę lepiej kupić hulajnogę i klocki lego.

3. Pewne i zaufane instytucje, ale wyłącznie ryzykowne instrumenty

Już mniej kategorycznie, ale odradzam inwestowanie  100 % w aktywa dużego ryzyka, szczególnie jednorodne (np. same akcje rynku polskiego albo same fundusze akcji z USA).  No chyba ze jesteś 100% pewien swojej wiedzy i umiejętności dynamicznego zarządzania. Ja czułbym się blado,  przed sobą i przed dzieckiem, gdybym po X latach odkładania skończył grubym minusie.

Typowa sytuacja pewnie jest taka: długoterminowe oszczędzanie i wyjście w konkretnym momencie (start dziecka w dorosłość). Absolutnie nie wiadomo, jak będą wyceniane te rzeczy które inwestujesz, w momencie gdy będziesz chciał je spieniężyć. Niezależnie od początkowej strategii warto więc stopniowo zmieniać profil na coraz bezpieczniejszy wraz ze zbliżaniem się do momentu wypłaty. W tego typu podejściu konieczne jest w miarę regularne monitorowanie sytuacji i adekwatne reagowanie do zmian rynkowych, a nie każdy ma to we krwi.

Jeśli naprawdę dobrze znasz się na inwestowaniu np. na giełdzie – ok, ufam, że sobie poradzisz. Ale nawet wtedy minimum 30-40% alokowałbym „bezpiecznie”.

Jeśli znasz się słabo lub wcale, to albo odpuść sobie zupełnie, albo najpierw porządnie wejdź w temat, a dopiero potem stopniowo zacznij inwestować jakieś 10-20% kolejnych transz. Nie rób sobie „zabawy w inwestora” całą kwotą pieniędzy dla dzieci.

4. Inne stałe, długoterminowe zobowiązania

Mam na myśli np. czynsze (przeprowadźmy się do większego mieszkania, teraz będzie nas stać!) ale też wszelkie abonamenty w wersji „dla VIPów”: telewizja, telefony, itd. – to nie tylko ogranicza możliwości elastycznego (i być może lepszego) dysponowania „pińcetą”, ale może przyprawić sporych kłopotów, gdy program kiedyś się skończy, a zobowiązanie pozostanie.

No i na koniec dwa moje ulubione.

5. Zakupowe szaleństwo. Na kwotę większą niż cała dotacja.

Osoby, które nie kontrolują wydatków mogą przeholować w poczuciu „wolno nieco popuścić pasa”. Rodzinna wycieczka, kurtka, rowerek, wesołe miasteczko, atlas kosmosu i rakieta tenisowa. Wszystko może być dla dziecka wartościowe, ale … to może znacznie przekroczyć całą dotację. Zanim się ockniemy możemy być już na grubym minusie (za mleko, chleb i zwykłe rachunki też niestety w międzyczasie trzeba płacić), albo z mocno nadszarpniętymi oszczędnościami, które w pocie czoła uzbieraliśmy w czasach „przed500plusowych”. I co, żeby wyjść na prostą trzeba będzie sprzedać dopiero co kupioną hulajnogę? Szkoda by było (głownie dziecku). A może będziemy się męczyć z długami/ratami itp., które pojawiły bez wyraźnej przyczyny się w momencie korzystniejszym finansowo? Frajerstwo.

6. Kredyt w wersji XL. W pierwszej chwili możesz pomyśleć że to pomyłka – dodatkowa kasa przecież raczej pomoże uniknąć brania kredytów. Wierz mi, będziesz przekonywany, do czegoś zupełnie odwrotnego. Banki wliczają „pińcet” to Twojego budżetu, chętnie podwyższą więc Twoją zdolność kredytową, byś tylko „mógł spełnić wielkie marzenie dla siebie i swojej rodziny, bez ograniczeń”. Myślenie typu: wezmę na kredyt/raty i będę spłacał z „pińcetek” jest krótkowzroczne i, poza bardzo wyjątkowymi sytuacjami, jednoznacznie odradzam. Dlaczego?

– Co będzie, jeśli program się skończy zanim spłacisz kredyt?

– Co jeśli, wpadniesz w kłopoty finansowe grubszego kalibru? Może te „pińcet” pomogłoby w przetrwaniu kryzysu, a tak pójdzie na spłatę kredytu. Ograniczysz swój „bezpiecznik”.

– A nawet, jeśli wszystko będzie ok, to pomyśl ile z tej „pińcety” pójdzie na na to Twoje marzenie, a ile w powietrze = odsetki dla banku?

Może po prostu zaoszczędź te „pińcet” przez pewien czas aż uzbierasz kwotę na spełnienie tego marzenia? Zapewniam, będzie smakowało lepiej!


Więc raz jeszcze, żeby było jasne: nie uważam, że nie warto oszczędzać tych dodatkowych pieniędzy na przyszłość. Warto, ale z głową. Zresztą, bieżące wydawanie ich z głową też może mieć sens.

Uważam, że cokolwiek zrobimy, nie warto się jednak do tych pieniędzy przyzwyczajać. To jest polityka – rzeczy mogą się zmieniać szybko. Kto wie, może od przyszłego roku na drugie dziecko też będzie kryterium dochodowe i się nie załapiesz?

Skoro już mamy określone, czego nie warto robić, to powoli więc nasuwa się temat „A co robić warto?” Heh, to opiszę wkrótce, bo sam jeszcze myślę o konkretnych rozwiązaniach.


Zalążek strategii jest tu,

zaś konkretny opis mojego pomysłu pojawił się w tym miejscu.


Na pewno oszczędzanie na „start dzieci w dorosłość”: prosto, przejrzyście i (w większości) bezpiecznie to jest trop bliski moim przekonaniom. Wrócę z tym wątkiem.

Ale jeśli nie stać Cię na to z „normalnych” pieniędzy, to dofinansuj na bieżąco edukację i rozwój dzieci: kurs językowy ale też sport, i inne zajęcia wg zainteresowań dziecka. W razie potrzeby – skubnij też na sprawy związane ze zdrowiem pociech. Bez sensu jest oszczędzać na studia dzieci, jeśli zawczasu nie stworzy im się warunków rozwoju niezbędnych do tego by na te studia się dostały!

Ale, uwaga! Uczciwie sobie powiedz, czy te szlachetne cele nie byłby naprawdę możliwe do zrealizowania bez „pińcety”. Żeby nie było „kurs angielskiego z 500+, a play station z wypłaty” ;), rozumiemy chyba o co chodzi;)

Pozdrawiam

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *