Duże i ważne sprawy. Jak bezpiecznie i skutecznie, odłożyć na nie kasę?

Jeśli jesteś beneficjentem dotacji w ramach 500plus, to chyba nie ma lepszego momentu byś zaczął myśleć o odkładaniu pieniędzy na odleglejsze i bardzo ważne cele. A nawet jeśli 500plus nie jest dla Ciebie, to … i tak warto spojrzeć na sprawy ważne, acz wykraczające dalece poza horyzont zagospodarowania jednej wypłaty. Wszystko (teoretycznie) proste: określenie celu, zbudowanie strategii dojścia do tegoż celu i wreszcie realizacja. Dziś zajmiemy się głównie tym środkowym elementem, czyli samą strategią oszczędnościowa.  Kawa na ławę przedstawiam swój koncept.

Ponieważ rozpoczęcie programu 500+ jest dość naturalnym bodźcem do podjęcia tematu oszczędzania, można (ale nie trzeba!) dzisiejszy wpis traktować jako kontynuację dwóch poprzednich z tej bajki.

Tego, jak nie dać się wpuścić w finansowe maliny z całą tą „pińcetą”.

I tego, że na prawdę warto mieć jakąś strategię wydatkową dla tych pieniędzy.

Oczywiście bez „pińcety” tak samo warto oszczędzać. Jeśli więc nie jesteś beneficjentem tego programu, to mimo wszystko rozważ pozostanie na stronie i przeczytanie ciągu dalszego;)

Żeby wszystko miało szansę zMoney saving concept. Vector illustration in flat style design. Piggy bank, calculator and hand with coin. Finance symbols and icons.adziałać, niezbędne są trzy elementy:

I. Jasny, zdefiniowany przez samych siebie cel, co do którego jesteśmy 100% przekonani, że gra jest warta świeczki. Zakładam że to już mamy zrobione.

II. Dobrze przeanalizowane otaczające tło i zdefiniowana bardzo konkretna strategia dojścia do wytyczonego celu. To główny temat na dziś.

III. Konsekwentne realizowanie tej strategii, monitorowanie co się dzieje, oraz, w zależności od sytuacji, modyfikacje planu działania. To, w głównej mierze, zostawiamy na potem.

Tyle. Jeśli z dwoma pierwszymi punktami faktycznie się będziesz identyfikował, a najlepiej jeśli sam je obmyślisz i poukładasz, to z całą pewnością zwiększy to szanse na skuteczność w punkcie trzecim. Motywację będziesz miał przecież 100 razy większą niż w przypadku, gdy dasz sobie wcisnąć sprzedawcy produktów finansowych  jakiś program oszczędnościowy, którego w gruncie rzeczy wcale nie chcesz.


Bez dalszego owijania w bawełnę przejdę więc od razu do konkretów. Perspektywa jest bardzo subiektywna, po prostu mój punkt siedzenia i widzenia.

Chcę oszczędzać skutecznie i bezpiecznie, to znaczy powinno to być oparte na kilku odrębnych filarach. Ja stawiam na takie:

1. Akcje polskich przedsiębiorstw notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych.

2. „Mocne” zagraniczne waluty,

3. Obligacje Skarbu Państwa oraz bankowe depozyty,

Jak to? Rynki walut i akcji? I bezpieczeństwo inwestycji? To się nie wyklucza? Spokojnie, wszystko po kolei.


Nie ukrywam, że miałem pewien problem jak skonstruować ten artykuł, bo tak naprawdę przewija się w nim sporo rzeczy wymagających jakiegoś wytłumaczenia. Wziąłem jednak za wzór sposób pracy  … instruktora narciarskiego. Na sam początek zazwyczaj nie przedstawia teorii dotyczącej prawidłowej sylwetki narciarza wraz ze szczegółowymi wyjaśnieniami. Po prostu to prezentuje na samym sobie na zmianę: „pokazując i objaśniając” , a kursanci w międzyczasie kombinują już jak to zrobić samemu:) Typowy matematyk zrobiłby oczywiście dokładnie odwrotnie (najpierw szczegółowa teoria: definicje, wzory, ich uzasadnienie, a dopiero potem zilustrowanie przykładem). No, ale jednak pójdę tropem instruktora narciarskiego.

Pewne rzeczy, zupełnie świadomie, zostawię dziś nierozwinięte – nie chcę robić wpisu o objętości powieści;). Wkrótce powrócę z:

– dokładnym uzasadnieniem wyboru konkretnych produktów finansowych z których korzystam,

– omówieniem, co może skłonić mnie do zmiany początkowej strategii oszczędzania (i w jakim kierunku),

– motywacją, by konsekwentnie trwać w tym oszczędnościowym procederze;)

– pokazaniem jak naturalne wahania kursów (walut, jednostek funduszu itp.) są sprzymierzeńcem regularnego oszczędzania,

– arkuszem obliczeniowym do symulacji wartości inwestycji przy różnych scenariuszach.


Założenia główne:

Pieniądze zaczną mi być potrzebne za 15 lat („start w dorosłość” pierwszego dziecka z naszej rodziny). Wypłaty raczej będą stopniowe, przez ładnych parę lat.  Czyli nie planuję jednorazowego wyciągania wszystkich oszczędności.

Dopuszczam myśl, że z różnych powodów (penie finansowych ;)) mogę mieć przejściowe problemy z regularnymi wpłatami. Nie zmieni to jednak to faktu, że nie planuję wypłacać niczego przed upływem tych 15 lat. Czyli: to co zostało już wpłacone ma być „święte”, a w razie kryzysu nie będę czasowo wpłacał kolejnych transz (co postaram się nadrobić w czasach „tłustych”).

Cele finansowe:

Minimalistycznie, ale akceptowanie – zyskać (już po wszelkich opłatach, podatkach itp.) 2% ponad inflację średniorocznie.

Optymistycznie chcę dać sobie jednak szansę na sukces – a to dla mnie 4% rocznie ponad inflację.


Co te procenty oznaczają? Chwilowo uprośćmy sprawę. Powiedzmy, że co roku  wpłacam na konto 100 zł, a wszystkie pieniądze wyciągam dokładnie 15 lat po pierwszej wpłacie. Wtedy pierwsze 100 zł „pracuje” pełne 15 lat, drugie już tylko 14 lat, a ostatnie tylko rok. Zakładając idealnie równomierne wpłaty średni „czas pracy” pieniędzy wynosi więc 8 lat. Jeśli inflację przez cały czas mamy na poziomie zerowym, to mamy sytuację jak na poniższym rysunku.

500plus

Wnioski z tego przykładu?

Po pierwsze pamiętajmy, że w modelu systematycznego i równomiernego oszczędzania przez X lat, średni „czas pracy” pieniędzy to tylko około X/2 lat (około – bo zależy od dokładnego harmonogramu wpłat i momentu wypłaty). Pamiętajmy o tym myśląc o prognozach zysków, bo nietrudno dać się zwieźć reklamowym trikom – cóż bowiem prostszego i pozornie bardziej intuicyjnego od przemnożenia rocznego zysku przez cały okres inwestycji (u mnie byłoby 4% razy 15 lat)?

Po drugie jednak warto zauważyć, że zysk w tym przykładzie to 39%, czyli więcej niż 32% co wyszłoby z prostego mnożenia 8 lat x 4%. Tu działa po prostu efekt narastania „odsetek od odsetek”. Modne jest tu pojęcie: „procent składany” okraszany przez niektórych określeniem „magiczny”. To rzecz jasna zwykły marketing, bo magii tu żadnej nie ma (i chyba dobrze: kto chciałby inwestować swoje pieniądze w coś opartego na magii?), co nie zmienia miłego faktu, że dzięki „odsetkom od odsetek” kapitał ilościowo przyrasta z każdym rokiem coraz mocniej.

Po trzecie – spójrzcie:  cały ten zysk z 15-letniego oszczędzania w optymistycznym dla mnie scenariuszu to tylko 39% w stosunku do wpłaconej kwoty. Nie powala na kolana, czyż nie? Z każdych 139 zł, które będę chciał potem wyciągnąć, 100 zł będę najpierw przynieść w zębach. Apeluję więc: nie dajcie się zwieść jakimś cudacznym symulacjom, że w jakiś magiczny sposób kapitał powiększy się Wam pięciokrotnie. To się może udać, nie przeczę, ale to nie będzie miało nic wspólnego z inwestowaniem bezpiecznym tj. chroniącym kapitał lub jego znaczną większość.


No dobra, wiemy, że 4% ponad inflację to więcej niż oferują najbezpieczniejsze sposoby. W porywach mogę znaleźć lokatę na 4%, ale po zapłacie „Belki” zostanie mi jakieś 3.2%.  A więc naturalne pytanie brzmi:

Co jestem gotów zaryzykować w zamian za szansę na wyższy zysk? Odpowiedź: zaakceptuję 5% realnych strat z całości inwestycji przez 15 lat (nie 5% rocznie, żeby było jasne!).

Okres od teraz do 15 lat  to okres inwestycji. Potem będzie okres stopniowych wypłat. Oczywiście trzeba będzie wtedy dokonać dokładnej analizy potrzeb i określić jak będzie to miało wyglądać. W okresie wypłat minimalizuję ryzyko – utrzymanie realnej wartości będzie OK.

Monitorowanie

Chcę działać spokojnie, automatycznie. Nie chcę codziennie śledzić wykresów i czytać bieżących  wiadomości giełdowych. Z mojego własnego doświadczenia wiem, że choć często trafnie typowałem dobre spółki na rynku akcji, to zbyt szybko się ich pozbywałem tracąc szanse na naprawdę konkretne zyski. Kupiłem Amicę po 32 zł za akcję, zadowolony sprzedałem po kilku miesiącach po 45 zł, a przy większej cierpliwości mógłbym łatwo przekroczyć 160 zł za akcję (i to wcale nie trafiając w samo maksimum). Teraz więc chcę działać dużo bardziej „flegmatycznie”, może wyjdzie to na dobre.

Plan jest więc taki: podstawowe monitorowanie – co  miesiąc. Jeśli nie zauważę niczego nadzwyczajnego, to nie będę nic zmieniał. Poważna rewizja strategii: co rok. Rewizja oczywiście jak najbardziej dopuszcza utrzymanie tej samej strategii.

Moje kryteria dodatkowe

A) Po pierwsze produkty proste i zrozumiałe. Bez żadnych „jeśli indeks X to i kurs Y tamto, to wypłacimy Panu 5% odsetek”. Ja nie zamierzam zakładać się z bankiem jaki będzie kurs dolara za rok, albo za trzy. Bo ja nie mam żadnej mocy sprawczej i mogę tylko obserwować rynek. Bank (myślę o tych naprawdę dużych lub grupowych działaniach wielkich korporacji finansowych) już tą moc sprawczą może mieć, więc to nie jest zakład na równych prawach. Moc sprawcza finansjery objawiła się choćby w latach 2006-2008 i polegała na  doprowadzeniu do nienaturalnego kursu złotego w relacji do franka (1 frank = 2 złote), które zbiegło się z masową akcją sprzedaży frankowych kredytów. Przypadek? Niedługo później, przy powrotnym ruchu kursów walut  „wybuchły” też opcje walutowe niszcząc wiele firm. Ja dziękuję za takie coś.

B) Po drugie, ponieważ jest całkiem możliwe, że za trzy lub pięć lat będę inwestował inaczej niż teraz  (może po prostu będę chciał przenieść pieniądze z funduszu X do funduszu Y), to absolutnie odrzucam wszelkie produkty finansowe z których nie da się łatwo wyjść bez ponoszenia dużych kosztów.

C) Kosztów zresztą w ogóle nie chcę mieć zbyt dużych. Pewnych nigdy się nie da uniknąć, ale wysokie marże i prowizje często są powodem, że mimo bezdyskusyjnych wzrostów na danym rynku kiedy przyjdzie do ostatecznego bilansu, to jesteśmy „w plecy”. Przykład? Proszę bardzo.

Inwestujemy w niezły fundusz akcji. Przez dwa lata wpłacamy po 500 zł miesięcznie. Przez pierwsze półtora roku wszystko rośnie aż miło (7% w skali roku; wprawdzie rynek rośnie nieco szybciej, no ale my pokrywamy 3% opłatę za zarządzanie wliczoną już w wycenę jednostek). Potem przez pół roku wyniki funduszu utrzymują się na stałym poziomie. I tak cieszymy się, że nie spadają – bo na rynku ceny idą w dół. No, ale w końcu wybraliśmy dobry fundusz! Niemniej, nie podoba nam się sytuacja i podejmujemy decyzję o wycofaniu środków.

funusz z opłatami2

Pomimo, że ani przez moment nie było spadków wyceny naszego funduszu, to wyjęliśmy zeń mniej niż wpłaciliśmy. Dlaczego? Bo były jeszcze inne (niby niewygórowane) opłaty:

prowizja za zakup jednostek: 3%

prowizja za ich odkup: 1%

opłata za prowadzenie konta: 1 zł miesięcznie

funusz z opłatami_wykres

Mimo przyzwoitej sytuacji na rynku i prawidłowego zarządzania funduszem, jesteśmy do tyłu. Oczywiście, ktoś powie, że winne jest zbyt szybkie wyjście. Zgoda, ale trudno to nazwać ekstremalnie szybką ewakuacją, wszak dwa lata strategia była utrzymywana.

D) Chcę działać wyłącznie poprzez instytucje o ugruntowanej pozycji na rynku. Dopuszczam, że mogę kupić dolary, a kurs dolara spadnie – tu jest obszar mojego świadomego ryzyka. Nie dopuszczam jednak wpakowania się w zakup magicznych certyfikatów firmy X, które pewnego dnia znikną wraz z całą firmą niczym Amber Gold.

E) I dodatkowo – system powinien być w miarę możliwości wygodny. Po prostu.


No to mamy tło. Teraz trzeba się zastanowić, co mogłoby najlepiej pasować do tych  konkretnych wymagań? Ja dobrałem coś takiego.

Co miesiąc odkładam taką samą kwotę i dzielę ją na 3 części:

20% na akcje polskie (bezpośrednio lub fundusze akcji polskich),

40% waluty krajów „bezpiecznych”,

40%: gotówka lub bezpieczne formy trzymania złotówek (tj. obligacje skarbowe oraz lokaty/konta oszczędnościowe).

Ważne: to jest podział na teraz i wcale taki rozkład nie musi zostać niezmieniony do końca okresu oszczędzania. Od tego są te comiesięczne „rzuty okiem” i coroczne „głębsze rewizje” o których wspomniałem.


A teraz postaram się wyjaśnić dlaczego właśnie tak i od razu przejdę od najmniejszej części tego tortu, ale chyba jednocześnie budzącej największe emocje, czyli akcji polskich firm notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych (bezpośrednio lub poprzez fundusz akcji).

Zacznijmy od tego, że cena akcji to niekoniecznie odpowiednik wyceny wartości danego przedsiębiorstwa. To jest bardziej wycena perspektyw i to niekoniecznie perspektyw samej firmy, a raczej … perspektyw dalszych perspektyw. To znaczy, tak zwany drobny inwestor nie kupuje przecież akcji dla samego posiadania udziału w firmie, którą uważa za niezłą. Oczywiście, może liczyć, że firma będzie się dzieliła z nim, jako współwłaścicielem, swoim zyskiem (dywidendą). Ale przede wszystkim kupuje, bo wierzy, że w przyszłości ktoś zechce odkupić jego akcje po wyższej cenie. I w sumie nie jest nawet ważne, jak ta cena będzie się miała do faktycznej, fundamentalnej, wartości przedsiębiorstwa. Ważne jest tylko, że ktoś kiedyś uzna za zasadne oczekiwanie dalszego wzrostu wyceny akcji, więc te akcje kupi.

Jest wiele argumentów wskazujących na to, że nie ma co się teraz pakować w akcje:

– OFE muszą wyprzedawać akcje (potrzebne środki na transfery do ZUS przewyższają nowe wpłaty)

– Wielka niewiadoma odnośnie przyszłości sektora bankowego w związku z  nieprzewidywalnym podejściem do problemu „frankowiczów”. Sądzę, że strach przed nieznanym jest tu nawet gorszy nawet od niekorzystnej dla banków, ale jednak zatwierdzonej decyzji o ewentualnym kształcie przewalutowań lub zwrotów za zawyżone spready. Wyceny akcji banków są już dramatycznie niskie, ale kto wie, czy to już dno?

– Dołuje także sektor energetyczny, po tym jak mające dotąd niezłe wyniki finansowe i płacące solidne dywidendy przedsiębiorstwa siłą zostały połączone z kopalniami, by przykryć długi tych ostatnich. Abstrahując od całej społeczno-politycznej otoczki – trudno się dziwić, że inwestującym np. w akcje Tauronu może się to wysoce nie podobać i skłonni są oni sprzedawać swoje akcje nawet po niskich cenach.

– Ogólnie rzecz biorąc mamy też nieco chłodnawy klimat do przyciągania inwestorów zagranicznych, co wyrażone jest m.in. niekorzystnymi ratingami (po części to pewnie skutek tegoż, a po części przyczyna).

– Sektor surowcowy – uzależniony głównie od wycen na świecie, a tam jest kiepsko i nie wiadomo, czy tak nie zostanie na dłużej.

– Trzeba też pamiętać, że akcje na giełdzie w sumie dość łatwo się sprzedaje. Co zrobi więc inwestor, gdy z powodu trudności będzie szybko potrzebował gotówki? Sprzeda swoje akcje. Jak będzie przyciśnięty do muru, to sprzeda choćby i za „pół ceny”. Jeśli więc obawiamy się krachu finansowego w gospodarce (a może należy się obawiać), to trzeba być świadomym, że ceny akcji mogą ostro polecieć.

Ale ale… ja mówię o 15 latach. Jak nie za rok, to może za 3, za 5, za 8 akcje także i u nas być może ruszą mocno w górę. Powód do optymizmu jest taki: akcje chyba teraz są dość tanie. Szczegółowo analizował to niedawno Albert Rokicki.  W szczególności, w odróżnieniu od rynków zachodnich, daleko im do maksimów z 2007 roku.
Pewnie, że nie wiem, czy wyceny nawiążą jeszcze do tych poziomów, ale raczej jestem przekonany, że w tak długim okresie, choćby na chwilę, wyjdzie Słonko nad naszą giełdą. I mając już jakąś ilość kupionych tanio akcji (choć, być może, naprawdę tanio to dopiero będzie) zyskam sporo, gdy ich ceny wybiją. Bo wtedy je sprzedam.

Z drugiej strony, wobec tych wszystkich obaw wypunktowanych powyżej nie odważę się na lokowanie w akcje więcej niż 20% całego budżetu.


W opozycji do akcji mamy waluty. Dlaczego w opozycji? Na stronie strefainwestorow.pl znalazłem taki wykres.

WIG20_vs_USDPLN

U góry nasz najbardziej znaczący indeks giełdowy WIG20, na dole (niemal odbicie lustrzane) kurs dolara. Jak na dłoni widać, że spadki na naszej giełdzie niemal zawsze idą w parze ze wzrostem kursu dolara i vice versa. Waluty powinny być więc ogólnie dobrym bezpiecznikiem dla rynku akcji, choć oczywiście nie ma 100 % gwarancji, że nim będą. W 2007 roku spadały i ceny akcji i dolara i może np. w 2019 sytuacja się powtórzy.

Pomimo, że waluty są teraz już dość drogie, to raczej nie widzę powodu, by miały mocno potanieć w najbliższej przyszłości. Ogólnie rzecz biorąc czasy różnych globalnych zawirowań makro-ekonomicznych mogą wpływać negatywnie na waluty takie jak złoty, nawet bez większego udziału nas samych. A  swoje też dokładamy, choćby niejasnym stanowiskiem w sprawie podejścia do kredytów frankowych (koncepty typu uruchomienie rezerw walutowych NBP na większą skalę budzi uzasadnione obawy, że złoty jeszcze straci, tj. np kurs np. franka zdrożeje). A więc, waluty mogą dać zarobić. I to być może wcześniej niż akcje.

Jakie waluty?

Ja postawię na razie po równo na:

-dolara amerykańskiego

-franka szwajcarskiego

-dolara kanadyjskiego

-koronę czeską

O konkretnych narzędziach z których będę korzystał opowiem za moment – ale  razu odpowiem na cisnące się na usta pytanie: tak, da się bardzo łatwo, bezpiecznie i bez zauważalnej marży w internecie kupić 16 franków 😉 Właśnie wysokość marż kupna-sprzedaży może być kluczowa, cały ten pomysł z walutami nie sprawdziłby się przy kupowaniu w zwykłym kantorze.

Sam dobór walut? Osobiście unikam euro w kontekście oszczędzania, bo chyba to najmniej pewna z „dużych walut”. Za niepewny w tym momencie uważam też los funta brytyjskiego. Ale nie miałbym oporu, by postawić też np. na dolara australijskiego lub norweską koronę. Z kolei czeska korona, to taki trochę mój kaprys. Intuicja z której nie do końca potrafię się wytłumaczyć. Myślę, że wkrótce w Czechach mogą podnosić stopy procentowe, co wzmocni ich walutę. I ogólnie, nie widzę powodu, by korona miała spadać w stosunku do złotego.


OK teraz, znów zrobimy sobie małą (i na dziś niepogłębioną) dygresję, o tym jak wahania kursu (czy to na walut, czy funduszy albo czegokolwiek innego) pomaga nam osiągnąć lepszy wynik przy systematycznym oszczędzaniu.

Model jest taki: zawsze wpłacam stałą kwotę, powiedzmy 100 zł, i kupuję za nią coś, np. franki.

I tak, kupię ich aż 40, gdy te są 2.50 zł, 33 przy cenie rzędu 3zł i tylko 25, gdy są po 4zł. Średnia cena franka w momentach dokonywania zakupu wynosi (2.50+3.00+4.00)/3= 3.16 zł. Ale ja mam kupione 40+33+25=98 franków, za które płacę w sumie 300 zł. Czyli moja średnia cena kupna to zaledwie 3.06 zł. Paradoks? Magia? Nie! Po prostu wtedy, gdy są tańsze kupuję ich więcej, wtedy gdy droższe – mniej.

Dlaczego to takie ważne? Bo w tym momencie mogę sprzedać franki po 3.10 zł i dalej jestem do przodu. Nie byłbym, gdybym miał strategię „za każdym razem kupuję po dokładnie 30 franków”. I druga sprawa. Teraz chyba się układa w całość dlaczego inwestowanie w dwie przeciwstawnie działające klasy (czyli polskie akcje oraz waluty) może mieć głębszy sens. Dwa najczęstsze scenariusza są takie:

Tanie akcje i drogie waluty => kupuję więcej tanich akcji i mniej drogich walut

Tanie waluty i drogie akcje => kupuję więcej tanich walut i mniej drogich akcji.

Każda z tych dwóch sytuacji jest dla mnie korzystna.  Oczywiście, to nie żadna złota recepta na stanie się bogatym, bo jak już wiemy od czasu do czasu jednocześnie potanieć może jedno i drugie. Najgorzej, jeśli stanie się to w momencie, gdy akurat chcemy dokonać wypłaty:( Ale, jak historia pokazuje, cały pomysł ma ogromne szanse się sprawdzić, szczególnie gdy wypłacamy też stopniowo.


Najmniej interesującą częścią są pieniądze lokowane w „bezpieczne złotówki”. Docelowo głównie będą to obligacje skarbowe, o których pisałem już dokładniej. Osobiście czekam jednak na nieco wyższą propozycję odsetek (myślę że w ciągu paru miesięcy to nastąpi, choćby z uwagi na możliwość pojawienia się inflacji) więc wybieram póki co niezłe konto oszczędnościowe.

Te pieniądze są pewnego rodzaju kotwicą. Nie uzyskam na nich wielkiego zysku, ale przechowam je najbezpieczniej jak się da (z perspektywy osoby zarabiającej i wydającej w złotówkach).


Co jeszcze? Nie ma tu złota, o którym dużo się mówi. Nie jestem jego przeciwnikiem i  nie wykluczam zaangażowania w złoto. Tyle, że są pewne „ale”:

To jest początek tego planu oszczędzania, nie mam na razie pieniędzy na monetę czy sztabkę o wadze choćby pół uncji, a mniejsze średnio się opłacają. Tzn. monety/sztabki o małej wadze kosztują relatywnie znacznie więcej niż sam materiał. Cena złota musiałaby wzrosnąć o jakieś 10%, żeby wyjść na swoje z jedno-, czy dwugramową sztabką/monetą. Przy większych wagach, różnice się zacierają, no ale jednouncjowa moneta kosztuje dobrze ponad 5000zł.

No właśnie, cena złota wyrażona w złotych (rysunek ze strony Bankier.pl) to okolice historycznych maksimów. Himalaje. zloto_pln

Czy złoto może kosztować jeszcze więcej? Pewnie, że tak. Ale może też znacznie mniej. Słowem, nie neguję inwestowania w złoto i nie odradzam Ci tego, jeśli jesteś do tego przekonany. Zaletą złota jest to, że zachowa jakąś realną wartość zawsze i w każdych okolicznościach. Przy nastawieniu na ochronę jakieś części majątku to ma sens. Akcje, czy obligacje korporacyjne mogą przecież zgubić całą swoją wartość. Ale nie dajmy sobie wmówić, że złocie można tylko zyskać. Nie, można i zyskać i stracić. No i gdzieś to złoto trzeba trzymać. Trzymanie w szafie złotych sztabek  może niektórych wprawić w poczucie pewnego dyskomfortu przy każdym weekendowym wypadzie z domu. Trzymanie w banku, poza tym, że kosztuje, wytrąca argument o złocie jako czymś, co czyni nas od banków niezależnymi. Ale obserwuję, być może na dalszym etapie oszczędzanie wrócę do tematu kupna złota.


Konkretne produkty finansowe, których używam – dokładniej opiszę je w swoim czasie (mam nadzieję, że niedługim)

Akcje

Wybrałem tak naprawdę fundusz akcji z platformy funduszy w ramach  konta IKE Plus w NN Investment Partners. IKE? Tak, mimo że wcale nie zamierzam korzystać z tego jak z konta emerytalnego. Dlaczego? Bo jest taniej: Opłata za zarządzanie w tym przypadku wynosi 2.70%, co jak na fundusz akcji jest opłatą niewielką, szczególnie inne opłaty są takie:

Opłata dystrybucyjna: 0%
Opłata za konwersję: 0%
Opłata za zamianę: 0%
Opłata za otwarcie i prowadzenie IKE Plus: 0%
Inne opłaty: 0%

Zero. Przetestowałem, sprawdziłem i potwierdzam: brak opłat za cokolwiek innego niż (ujęte już w wycenie jednostek) zarządzanie. Samo konto IKE plus to z kolei zwycięzca   rankingu  Analizy Online – niezależnej  firmy oceniającej rynek funduszy inwestycyjnych. A jak będziesz chciał wyciągnąć pieniądze przed 60-tką? To nic, zapłacisz jedynie (jak wszędzie) podatek Belki i kasa Twoja. Zero opłat likwidacyjnych, czy innych bandyckich pomysłów. Z kolei, jeśli będziesz już miał 60 lat na karku, to nawet i „Belki” nie zapłacisz.


 

Waluty

Kantor Walutowy Alior Banku

Jest to kantor online, a właściwie zbiór rachunków walutowych, zabezpieczonych (jak to w banku) przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Całkowicie darmowy i, co więcej, o zaskakująco niskich marżach tj różnicach między kursem kupna i sprzedaży. Przy walutach takich euro, dolar, czy frank różnica między kupne a sprzedażą to jakieś 2 grosze. Tu mówimy o zastosowaniu oszczędnościowym, ale z powodzeniem mógłby służyć do wymiany walut w kontekście wyjazdów zagranicznych. W szczególności, dla najpopularniejszych walut dostępne są walutowe karty płatnicze powiązane z kontem – to naprawdę dobra opcja.

Obligacje

10-letnie obligacje skarbowe.

Aktualne oprocentowanie: 2.5% za pierwszy rok, potem za każdy kolejny rok 1.5% ponad inflację wg GUS liczoną za rok poprzedni.

Konto „Skarbonka”

Lokata Bezkarna w BGŻ Optima. Dobra, prosta oferta. 3-miesięczna lokata na 3.2%, którą możesz zerwać wcześniej z utrzymaniem naliczonych odsetek bez żadnych kar i kosztów. Po tych 3 miesiącach możesz korzystać z nieźle oprocentowanego rachunku   oszczędnościowego.

I na sam koniec ważna uwaga:

Oczywiście bynajmniej nie kopiuj mojego pomysłu tylko dlatego, że go tu opisuję. Nie zachęcam do tego. Zachęcam do samodzielnego myślenia, określenia celów i dopasowania środków do ich realizacji.  A jeśli nawet jeśli zrobisz w części lub w całości to co ja, to pamiętaj: to jednak Twoja decyzja i Twoja odpowiedzialność. Nie przyjmuję reklamacji!

Na koniec więc życzę Ci więc byś z powodzeniem zbudował mądrą strategię dopasowaną do samego siebie!

Zachęcam do dzielenia się komentarzami, pozdrawiam!

2 komentarze

  • Szereg przydatnych porad z których chętnie skorzystam w przyszłości. A propo konta w BZ WBK – ja je założyłem trochę jakby odgórnie ponieważ w pakiecie w kredycie gotówkowym. Ogólnie jednak byłem bardzo zadowolony przez pierwszy okres ponieważ konto było całkowicie bezpłatne co ostatnio niestety uległo zmianie. Najpierw bank wprowadził opłatę miesięczną za kartę (ale za to można korzystać za darmo z dowolnych bankomatów) a później zniósł limit na bezpłatne przelewy internetowe. Mimo tego z konta jestem zadowolony, oby jednak już nic więcej z opłat nie dorzucali bo te jeszcze są do przejścia.

  • Bardzo obszerne rozeznanie w oszczędzaniu. Dzięki wielkie za narzucone pomysły, teraz trzeba zacząć działać. Cel już mam, a po przeczytaniu wielu artykułów zarys sposobu działania jakiś jest. Jeszcze tylko wezmę pod uwagę Twoje pomysły i rady oraz włączę pozytywne myślenie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *