Uda się dopiąć, czy nie? Odc. 4 cyklu „Ogarnijże swoją kasę”

Wiemy już, że za stan naszych finansów odpowiadamy my sami. Wiemy, że o tym, czy nasze pieniądze przybliżają nas do realizacji naszych celów decydują nasze decyzje, które warto podejmować w zgodzie z własnymi zasadami. Ostatecznie jednak zderzamy się z twardą rzeczywistością, konkretnymi kwotami do dyspozycji i cenami rzeczy które chcemy mieć. I tu jest cała sztuka, by to wszystko tak zaplanować i zrealizować, żeby się finansowo dopięło. Ale co to właściwie znaczy? Czy to takie proste, jak „zapnie się ten guzik, czy nie”?

Zacznijmy od oczywistej oczywistości:

ZAROBKI – WYDATKI = OSZCZĘDNOŚCI.

Ponieważ zwykle nasze dochody wpływają w trybie miesięcznym, to dość naturalnie taką właśnie przyjmujemy perspektywę. Czy to oznacza, że wszystko jest klawo, gdy tylko w skali miesiąca

ZAROBKI > WYDATKI ?

Czy to oznacza, że budżet nam się dopnie, jeśli tylko w danym miesiącu zarobki przewyższą wydatki? Oczywiście, że niekoniecznie!

Jeśli dany miesiąc jest łaskawy pod względem wydatków, tj. nie wypada nic większego z wydatków nieregularnych (spodziewanych lub nie), a do tego zarobki są w co najmniej w normie lub dochodzi coś ekstra (premia, dofinansowanie, zwrot z PIT), to wyjście „na zero” czy nawet na lekki plus, to żaden sukces.

Sukcesem jest raczej zmieścić się w budżet dopasowany do na potrzeb na dany miesiąc. Jeśli akurat realizujemy niewiele ponad-bieżących potrzeb, to i kwotę do wydania powinniśmy ograniczyć do odpowiednio małego rozmiaru. A resztę odłożyć na większe wydatki, które (z pewnością) w pewnej chwili się pojawią.

Przecież może być tak, że w danym miesiącu mamy więcej obiektywnie uzasadnionych wydatków (np. zbiegnie się nam roczne ubezpieczenie auta, planowany od dawna remont łazienki, zakup okularów plus jeszcze normalne życie i rachunki) i one przewyższą zarobki z danego miesiąca.

Czy to źle? Niekoniecznie. W końcu, jeśli niektórych miesiącach pojawiają się jakieś oszczędności, to zwykle po to, by kiedyś ich użyć. Kiedyś tj. za miesiąc, dwa, za pięć lat, albo na emeryturze.

Więc to normalne, że pojawia się miesiąc, czy nawet rok w którym wydamy  więcej niż zarobimy. Co nie znaczy, że w takich nadzwyczajnych miesiącach czy latach nie powinniśmy wciąż się w jakimś dopinać (żeby nie było myślenia na zasadzie: mamy remont całego domu, wiadomo, że wydamy dużo, więc odpuszczamy pilnowania kasy).

Stąd może się pojawić pomysł, by powiedzieć sobie tak:

Dopięty budżet = Realizujemy postawione w cele w ustalonym limicie ?

Tu też jest jednak pułapka. Możemy mieć naprawdę wartościowe cele, możemy je korzystnie realizować wyszukując dobre oferty. Chodzi jednak o to, żeby przy tym wszystkim nie zapomnieć o postawieniu sobie twardego pytania „Czy mnie na to stać?”. Co z tego, że jest promocja na Volvo XC60, że to świetne auto i że wraz z rodziną zrobilibyśmy z niego dobry użytek, jeśli… to nie jest na miarę moich możliwości (może kiedyś będzie 😉 )

Nie może być tak, że miesiąc w miesiąc, rok w rok, jesteśmy do tyłu. Nie można się usprawiedliwiać byle pretekstem. Kwartał był na minusie, bo trzeba było kupić mikser, wyleczyć zęba i naprawić rurę wydechową w aucie i tłumaczyć, że nic się nie dało na to poradzić. Zawsze coś będzie. Zawsze wydaje się, że potem będzie łatwiej, a rzeczywistość to weryfikuje. W ten sposób brnąć będziemy w zupełnie inną stronę inż byśmy chcieli (ku przestrodze: o kolejnych etapach pogarszania stanu swych finansów).

 

Co w takim razie? A może by tak podzielić wydatki na bieżące (regularne) i specjalne (grubsze rzeczy, które pojawiają się jednorazowo, albo od czasu czasu). Tym specjalnym, jeśli są spodziewane, możemy przypisać jakiś kwotowy limit. Oczywiście ów limit nie musi być absolutną świętością, nie jest on ważniejszy od zdrowego rozsądku i zawsze dobrze mieć w głowie kryterium jakość/cena. Na szczęście w osobistych finansach nie musimy się kierować regułami wziętymi z rozliczania unijnych projektów (nie wydasz całego limitu, to reszta kasy przepada;)). W przypadku niespodziewanych, awaryjnych, wydatków nasz rozsądek to jest zresztą jedyna rzecz jaką się możemy kierować oceniając czy warto tą konkretną rzecz kupić. Możemy powiedzieć, że wtedy taki limit jest tworzony naprędce, nawet w momencie wyciągania portfela.

Wyznaczenie takiego limitu, to nic innego jak przyzwolenie na ruszenie jakiejś części oszczędności, lub (w przypadku kwot mniejszych) akceptacja, by w danym miesiącu odłożyć na przyszłość mniej.

Czyli. można by rzecz, że dopięcie budżetu oznacza, że:

ZAROBKI + LIMIT SPEC. > WYDATKI BIEŻĄCE + WYD. SPEC. + OSZCZĘDNOŚCI

gdzie:

LIMIT SPEC. – limit na potrzeby specjalne na dany okres

WYD. SPEC. – wydatki specjalne na dany okres

OSZCZĘDNOŚCI – oszczędności poczynione w danym okresie na przyszłe wydatki specjalne.


Skomplikowane? To opowiedzmy o tym trochę więcej.

Pierwsza uwaga jest taka, że od pojęciem „wydatki bieżące” mieszczą się … raty za zakupy z przeszłości. Tu jak na dłoni widać skutki posiadania długów. Wzięcie w przeszłości kredytu na jakiś zakup ogranicza nam przestrzeń do gospodarowania pieniędzmi teraz. Oczywiście, czasem i tak było warto (nie chcę robić głębokich dygresji w tym temacie, więc tylko jeden przykład: jeśli rata kredytu hipotecznego nie przekracza znacznie kwoty jaką płacilibyśmy za samo odstępne przy wynajmie mieszkania, to ekonomicznie ten kredyt może się bronić). Więc pamiętaj o tym i teraz. Kupisz na kredyt, to ograniczysz sobie możliwości w przyszłości.

Druga rzecz to znaczenie oszczędności na poczet przyszłych większych wydatków. Całkiem słusznie niektórzy mówią, że to powinna być pierwsza pozycja na liście spraw, pierwszy przelew wykonany natychmiast po tym jak wpłynie pensja. Wg reguły „Najpierw zapłać sobie” (koniecznie na osobny rachunek oszczędnościowy, inwestycyjny lub cokolwiek  – byle coś innego niż główne konto). A potem kombinuj tak, by utrzymać się za resztę 😉 Popieram to podejście, choć nie jest takie łatwe do wdrożenia – przyznam, że u mnie bywa z tym różnie.

Te oszczędności mogą mieć umownie ponaklejane swoje etykietki. Na porządną „poduszkę finansową” – taką żeby była na wszelki wypadek. Na wakacje za parę miesięcy, na Święta, na ubezpieczenia, na remont kuchni. Na kupno samochodu za rok czy dwa czy pięć. Na budowę domu lub większego mieszkania w jakiejś dalszej przyszłości. Na emeryturę, na studia dla dzieci, na rozwój swój / swojego biznesu. Na podróż dookoła świata, na wesele. Różne cele, różne horyzonty czasowe. Po zsumowaniu zwykle niewyobrażalnie duże kwoty. Ile miesięcznie powinniśmy na tego typu sprawy odkładać i ile zostaje nam do dyspozycji na bieżące wydatki? Oszacowanie tego i wypracowanie kompromisu to często niezła zagwozdka. Ale o to chodzi, by podjąć wyzwanie, by dać sobie szansę na realizację tego, co ważne, ale za duże by sfinansować z bieżących dochodów.

Głównym przesłaniem z tego odcinka niech będzie to, że w planując, a potem oceniając nasze finansowe „dopinanie” nie wystarczy patrzeć na prostą konfrontację dochodów i wydatków. Trzeba mieć na uwadze, to co chcemy zrobić w życiu później i na co trzeba odkładać już teraz.

Jestem przekonany, że częstokroć nie osiągamy tego czego byśmy chcieli, wcale nie dlatego, że przytrafiają się nam w życiu jakieś wielkie katastrofy, ale dlatego, że nie wykorzystujemy odpowiednio czasów naszego „prosperity”. Jak to jest u Ciebie?  Jak zabrałbyś się za podział wpływającej co miesiąc kasy na to co teraz i to co na potem?

Pozdrawiam;)


A przy okazji zachęcam do przeczytanie poprzednich wpisów z cyklu:

Odcinek 1: O tym po co są pieniądze

Odcinek 2: O tym, jak nasze konkretne decyzje wpływają na finansowe powodzenie

Odcinek 3: O tym, że warto mieć swoje zasady finansowe i o co w nich może chodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *