Karta kredytowa – jaki zysk ma z tego bank?

Z reklam kart kredytowych wynika, że to dla Ciebie czysty zysk. Bezpłatny kredyt na okres kilku tygodni, wygodne płatności, profesjonalna obsługa, możliwość dostępu do pieniędzy w sytuacjach awaryjnych, prestiż (choć dziś z pewnością już nie tak istotny jak 15 lat temu). Wszystko nie tylko za zero złotych, ale wręcz do tego jeszcze realna gotówka lub wartościowy gadżet na zachętę.

Plusy i minusy karty kredytowej z perspektywy „statystycznego Kowalskiego” to temat wywołujący sporo emocji i mający wiele wątków – stąd podejmę go w oddzielnym wpisie. Pytanie na dziś: Co, u licha, ma z tego bank? Oczywista odpowiedź: pieniądze, bo cóż innego? Statystycznie rzecz biorąc banki na tym zarabiają. To znaczy: zarabiają (i to sporo) na mniej rozgarniętych klientach, ale … można być też klientem bardziej rozgarniętym. Jak? Musisz znać strategię banku, by dopasować do niej swoją. To też dziś poruszam. Ale po kolei.


Jak to działa?

Z kartą powiązane jest specjalne konto. Stanem neutralnym jest zero złotych – tyle masz na początku. Konto nie służy do gromadzenia pieniędzy, a do pożyczania ich od banku. Jeśli więc zrobisz zakupy za 100 zł, to na koncie będziesz miał – 100 zł. Po kolejnych zakupach, tym razem za 200 zł, na koncie będzie już – 300 zł. Studnia jednak ma swoje dno, nazywane limitem kredytowym. Ustalana jest one w zależności od Twoich zarobków, historii kredytowej itp. Powiedzmy, że bank może Ci zaoferować przykładowo limit równy równowartości dwumiesięcznych zarobków netto, przykładowo 5000 zł.

Money bank and online payment graphic design, vector illustration

Raz w miesiącu, powiedzmy 16 dnia danego miesiąca, generowany jest wyciąg z konta podsumowujący transakcje z ostatniego miesiąca (tj. np. wyciąg z 16 kwietnia zawiera dane za okres 16 marca -15 kwietnia). Tam najważniejszą informacją jest wysokość Twojego aktualnego długu, który powinieneś spłacić w ciągu kolejnych (zazwyczaj) 20-25 dni. Powiedzmy, że u nas będzie to 10 maja. Jeśli wyrobisz się w tym czasie ze spłatą, to bank nie naliczy Ci żadnych odsetek (naprawdę żadnych!).

Zatem za zakupy z 16 marca możesz zapłacić 10 maja (to jest te, pięćdziesiąt kilka dni bez  odsetek z haseł reklamowych), ale za zakupy z 15 kwietnia też musisz zapłacić do 10 maja (czyli tu okres spłaty jest sporo krótszy). Tak, czy inaczej jest trochę czasu, by zorganizować sobie fundusze na spłatę zobowiązań, oczywiście o ile ich wielkość jest do udźwignięcia 😉

Co się stanie, jak nie spłacisz?

  1. Jak spłacisz choć część (minimalną kwotę spłaty), to od długu naliczać się będą stosunkowo wysokie odsetki, ale nikt nie będzie Ci robił żadnych problemów. Karty nadal możesz używać do wysokości limitu, a na kolejnym wyciągu będą zarówno te stare, niespłacone jeszcze kwoty, jak i te nowe. Uwaga: okres bez-odsetkowy faktycznie takim jest, gdy spłacisz w terminie całość zadłużenia – w przeciwnym razie bank naliczy wstecznie odsetki również za tą spłaconą już część (proporcjonalnie do faktycznego czasu pomiędzy datą wyciągu a datą spłaty)!
  2. Jak nie spłacisz nic, to bank zacznie Cię ścigać, i oprócz odsetek dołożyć może pewne opłaty za monity przywołujące Cię do porządku.
  3. W obu powyższych przypadkach po pewnym czasie zaproponuje Ci rozłożenie długu na „wygodne dla Ciebie raty”.

Wracamy do wątku głównego: Co z tego wszystkiego mają banki? Jak zarabiają na swoich klientach? Przecież z pewnością ponad 99% planuje zachowywać się odpowiedzialnie tj. nie przekraczać okresu bez-odsetkowego.  Mają kilka sposobów (ja piszę o sześciu), których mogą użyć.

1. Opłaty za kartę. Parę lat temu opłata roczna/miesięczna była standardem – wysokość przeważnie rzędu 100 zł rocznie (trochę taka opłata za prestiż). Z czasem banki przestały kreować karty kredytowe jako produkt elitarny i prowadząc zmasowane akcje sprzedażowe „dla mas” częstokroć całkowicie zaniechały pobierania opłat stałych.

Rada: Dziś z łatwością znajdziesz kartę bez takiej opłaty. Po prostu się rozejrzyj po ofertach.

2. Dodatkowe opłaty/ubezpieczenia. Tu lista jest długa. Opłaty dotyczą: przewalutowania (i tego raczej nie unikniesz robiąc zakupy za granicą), usług dodatkowych, z których najczęściej możesz zrezygnować (np. monitorowania stanu konta SMSami itp.) oraz dobrowolnych ubezpieczeń (np. „w wypadku Twojej śmierci, nie będzie nikt obciążał spadkobierców Twoim długiem”, albo „jak dostaniesz wypowiedzenie w pracy, to dostaniesz jakieś wsparcie na spłatę”). Bywa, że takie dodatki pojawiają się „znienacka” w czasie trwania umowy, a bank liczy że się nie zorientujesz i minie sporo czasu, zanim je dezaktywujesz.

Rada: Podpisując umowę o kartę upewnij się, które usługi/opłaty są obowiązkowe (najlepiej, jeśli możesz zrezygnować ze wszystkiego, co płatne). Potem czytaj korespondencję pt. „zmiana regulaminu” – tam bywają zawarte takie kruczki z domyślnym  uruchamianiem płatnej, niewiele wartej, usługi.

3. Wykorzystywanie gapiostwa klientów. Zagapisz się, nie zrobisz spłaty w terminie i bach – upomnienie telefoniczne – i doliczone do rachunku kilkanaście/kilkadziesiąt złotych.

Rada: Przeczytaj tabelę opłat – dobrze znaleźć ofertę, gdzie pierwsze upomnienie (bardziej za gapiostwo niż faktyczną „obsuwę”) jest za darmo lub opłata jest zupełnie symboliczna.

4. Karta jako wabik na inne produkty, już typowo „dochodowe”. Schemat jest taki: Korzystasz z karty kredytowej w banku, więc tworzy się pewna więź między Tobą, a milutkim bankiem. Daje Ci on trochę swobody i dodatkowej gotówki do dyspozycji i to bez odsetek. Odrobina życzliwości (jeśli nie wdzięczności) by się należała, prawda? Na przykład, gdy dzwoni bardzo uprzejma pani i zachęca do pogłębienia relacji (konto, kredyt hipoteczny, ubezpieczenia itd, produkty inwestycyjne – a wszystko fajne, że ho ho!). A najważniejsze: jako stały i rzetelny klient  partner w biznesie masz specjalną super-VIP-unikalną ofertę, a nie taką jak dla szaraków z ulicy, co sami przychodzą i się proszą. Więc, szczęściarzu, powiedz tylko „tak” przez telefon, a wszystkie formalności załatwią się już same…

Rada: No cóż, zdecydowanie polecam, by na każdy produkt finansowy patrzeć oddzielnie – transakcje łączone często wcale nie są takie korzystne. Szczególnie, gdy ktoś namolnie chce Ci je wcisnąć. Najważniejsze: wszelkie decyzje podejmować na spokojnie, zapoznawszy się z zasadą działania produktu i przeczytawszy tabele opłat.  I na pewno nie podczas jednej rozmowy przez telefon. Najlepiej, jeśli w ogóle byłbyś zainteresowany, to poproś o wysłanie szczegółów oferty na maila i poproś o oddzwonienie za trzy-cztery dni. Jak powiedzą, że się nie da, to pewnie oferta nie jest warta Twojej uwagi.

5. Współpraca z sieciami sprzedaży. Używając karty kredytowej, możesz czasem otrzymać na informację: „Zrób zakupy w najbliższy weekend w sklepach XYZ, zapłać Twoją kartą, a otrzymasz 10% rabatu na wszystko„. Albo „dana karta uprawnia do stałego rabatu w sieci sklepów ZYX„. Czyli bank zwraca się z komunikatem: „Ty jesteś wybrańcem, nie każdy dostanie rabat, zbieraj się więc do sklepu i kupuj, kupuj, kupuj… bo czasu mało„. Gdyby rabat dotyczył wszystkich ludzi, pewnie pomyślałbyś, że produkty nie są warte swej ceny sprzed rabatu i zignorowałbyś sprawę. Ale w takiej sytuacji robiąc zakupy możesz pomyśleć, że osiągasz czysty zysk (względem całej reszty niemającej tej karty w portfelu). Takie akcje powodują istotny wzrost sprzedaży, sklepy z nawiązką rekompensują sobie niższą marżę dużo wyższymi obrotami. A bank? No cóż, szczegóły porozumienia między bankiem a sklepem nigdy nie są podawane do publicznej wiadomości, ale idę o zakład, że jeśli klient dostaje 10% rabatu, to kolejne kilka procent idzie już prosto do banku. Czyli rabat dla klienta, ale też kasa dla banku – a sklep nadrabia wyższymi obrotami.

Rada: Nie pozwól, by kampania promocyjna była głównym powodem kupowania czegokolwiek, a w szczególności kupowania produktu ABC w sklepie XYZ. Motywem kupowania powinno być stwierdzenie przez Ciebie potrzeby kupna, a nie zasygnalizowanie przez sklep do spółki z bankiem potrzeby sprzedaży z ich strony. Niby oczywiste, ale czy zawsze…? W drugim kroku, jak już wiesz, że potrzebujesz coś kupić, to po prostu sprawdź, czy aby inny sklep ma lepszej oferty, nawet pomimo braku rabatu.

6. A może bankom zależy, żebyś jednak „na dobre” został ich dłużnikiem? Schemat działania jest taki: z biegiem czasu bank przyznaje Ci coraz wyższe limity po trochu licząc na to, że w którymś momencie przeszarżujesz i po prostu nie będziesz miał na spłatę. Wtedy wspaniałomyślnie bank może zaproponować Ci też rozłożenie długu na raty, co zawsze jest korzystne dla samego banku, ale już przeważnie nie dla Ciebie. Dlaczego? Sytuacja „mam dług, jestem dłużnikiem” jest sama w sobie nieprzyjemna i często przekłada się na postawienie celu: „Muszę jak najszybciej spłacić swój dług, bo nie mam ochoty na płacenie tak dużych odsetek”. Po rozłożeniu długu na raty, po prostu włącza się stan: „Ja dłużnikiem? No skąd? Ot, płacę sobie raty”. Okres spłaty znacznie się wydłuża, odsetki (wciąż wysokie) biją więc w Twój portfel dłużej. Patrząc całościowo, wydrenują go bardziej. Druga korzyść banku polega na tym, że, statystycznie rzecz biorąc, mając narzucony reżim (przepraszam, harmonogram) spłaty rat jesteś bardziej skłonny zacisnąć zęby i się podporządkować. Zmniejsza się więc dla banku ryzyko, że dług w ogóle nie zostanie spłacony. Ryzyko braku spłaty długu tu i tak jest małe – wszak ta sytuacja dotyczy klientów, którzy do tej pory wykazywali się regularnymi spłatami, z pewnością mają więc duże poczucie odpowiedzialności 😉

Rada? Po prostu nie szalej ponad miarę Nie traktuj limitu na karcie jako dodatkowych pieniędzy, bo i tak będziesz musiał wszystko oddać.

 

Czyli co? Samo zło? Nie. Po prostu: bank ma swoje zamiary wobec Ciebie (statystycznie rzecz biorąc wychodzi na plus), ale Ty też możesz mieć swoje zamiary względem sposobu używania karty i jak najbardziej może wyjść na Twoje. Wybierz odpowiednią kartę dla Ciebie i korzystaj niej rozsądnie. Punkty 1-3, to kwestia konkretnego produktu – i da się koszty wyciąć do zera. Punkty 4-6 tak naprawdę to gra banku z Tobą – zachowując rozsądek nie dasz się ograć, to zależy tylko od Ciebie.


Tu możesz przeczytać o niebezpieczeństwie stopniowego popadania w coraz większe długi.

A tu o tym jak nie dać się zmanipulować w ocenie „na co mnie stać?”


 

6 komentarzy

  • OK tylko to pokazuje, że klient gotówkowy płaci za obsługę terminala w sklepie oraz za interchange którego kosztów nie ponosi – jest to zysk sklepu. Osób które nie posiadają kart jest ponad 34%. To mimo wszystko sporo.

    • Mateusz Nikodem

      1. Dokładnie, tak jak napisałeś „klient gotówkowy płaci za obsługę terminala” No, i ja odnosiłem się do kosztów używania karty przez „Kowalskiego”. Mając kartę możesz, ale nie musisz jej używać w każdej sytuacji. Jeśli sklep da Ci rabat związany z płatnością gotówką to zawsze możesz z niego skorzystać (o ile masz gotówkę;) ) Mając kartę poszerzasz tylko swoje możliwości sposobów płacenia i zawsze możesz wybrać optymalny.
      2. „Osób które nie posiadają kart jest ponad 34%.” Oczywiście, że to sporo. Co więcej, te 34% (ufam, że tyle, nie sprawdzałem) to są osoby które nie mają kart wcale. A przecież ci, co karty mają też znaczną cześć transakcji wykonują gotówkowo. Ale mimo wszystko sklepom w zdecydowanej większości utrzymywać terminale. O czym to świadczy? Wg mnie to jednak znacznie podnosi sklepom obroty. („kartowi” mają mniej „twardych”=portfelowych ograniczeń, przynajmniej w krótkim horyzoncie…)
      pozdrawiam

  • zapomniałeś dodać jeszcze o opłacie Interchange którą mimo, że klient nie płaci bezpośrednio to musi być wliczona w cenę produktu ( utrzymanie terminala + prowizja dla agenta ) pisałem o tym w na swoim blogu : https://kaizenwfinansach.wordpress.com/2016/01/26/podatek-bankowy-fakty-i-mity/

    • Mateusz Nikodem

      Dzięki za komentarz.
      Owszem, opłata ta jest wliczona w cenę produktu, ale poza nielicznymi wyjątkami cena w sklepie jest jednak taka sama jak przy płatności gotówką. Czyli w jakimś sensie sklep „bierze ją na klatę”, oczywiście uwzględniając w swojej ogólnej marży. Z perspektywy użytkownika jest więc niewidoczna. A sklepom to się jednak opłaca, bo klientom wyłącza się myślenie w stylu „ach, ale w portfelu mam 200 zł, nie mogę zrobić zakupów za 600”. Przy karcie mniej myśli się o limitach;) Ten procencik prowizji płacony przez sklep to nic przy perspektywie znacznie większego potencjału obrotów.

      • Nie mogę się zgodzić, że cena jest niewidoczna. Świadczą o tym np. takie promocje http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Paliwo-tansze-ale-tylko-w-weekend-i-za-gotowke-n59858.html . Zastanów się teraz, jeśli może być paliwo tańsze o 10 groszy/ litrze przy płatności gotówką, to nie jest własnie koszt obsługi płatności kartą ? 10 groszy na litrze to jest sporo nie sądzisz ?

        • OK, zgoda, ale dokładnie takie promocje na stacjach benzynowych miałem na myśli pisząc o wyjątkach 😉 Chyba przyznasz, że to co opisujesz jednak nie jest norma – jak idziesz to typowego sklepu to jednak nie masz dwóch cen: „gotówkowej”i „kartowej”. Od razu do kompletu podam też inne wyjątki: Wyjątek nr 2: czasem przy płatności gotówką możesz wynegocjować rabat (np. w sklepach ze sprzętem turystycznym). Wyjątek nr 3: niektóre sklepy, które dążą do jak najniższych marż wciąż nie akceptują kart ze względu na tą opłatę – jednak jest ich coraz mniej. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *