Proste recepty, by stan domowych finansów utrwalił się na frustrująco miernym poziomie

Ciężko znaleźć uniwersalną receptę na to by osiągnąć (długoterminowy!) satysfakcjonujący poziom osobistych finansów. Tak naprawdę każdy ma inne predyspozycje (np. do wprowadzania zmian w swoim życiu, albo weryfikacji co jest faktyczną okazją, a co pułapką). Każdego też coś ogranicza (np. można mieć powody przez które nie da się, ot tak, zmienić pracy na inną, choćby lepiej płatną). Taka recepta musiałaby być ponad to wszystko. A to może oznaczać przejście na poziom ogólników typu: „rozsądnie podejmuj decyzje, szczególnie te o dużym wpływie na Twoje życie” .No to może łatwiej będzie od drugiej strony: określić co nas poprowadzi w stronę finansowej mizerii.

Young slim woman being bored of doing nothing.

Na sam początek wyjaśnię, czemu NIE koncentruję się na katastrofalnych błędach prowadzących do zapaści domowych finansów, a jedynie na brzmiącej mniej groźnie mierności.

Ze spektakularnymi „wtopami” historia jest trochę inna. Są różne powody. Nietrafiona inwestycja, źle prowadzony własny biznes, czy „sodówka”, czyli życie grubo ponad stan. Różnie to bywa, ale zwykle towarzyszy temu naiwność, głupota, ale może też czyjaś nieuczciwość lub po prostu pech, a czasem życiowy dramat.

Ale po takiej wtopie, gdy robi się ciężko i na prawdę niefajnie, prędzej, czy później przychodzi otrzeźwienie i silna motywacja, by wstać z kolan i odwrócić ten stan rzeczy. W jakim stopniu to się uda – to już inna sprawa, każdy przypadek jest inny. Ale, w odróżnieniu od ciągłego trwania w marazmie, w którymś momencie podejmowana jest chociaż realna walka o to, by życie wyglądało lepiej.

 

A mierność, marazm, to taki fatalny stan w którym w sposób trwały nie jesteśmy zadowoleni ze swoich finansów i nie bardzo widzimy pole do poprawy sytuacji. Jesteśmy sfrustrowani tym, że nie stać na nas na rzeczy, które chcielibyśmy mieć. Zastępujemy to prowizorycznymi „zamiennikami”, co pozwala nam przetrwać, ale wydane nań pieniądze oddalają nas w gruncie rzeczy od spełnienia naszych prawdziwych marzeń. Błędne koło, do którego się przyzwyczajamy. I na które, w jakimś stopniu i niechętnie, ale godzimy się. Mamy więc często postawę w której brakuje odwagi na zmianę stanu rzeczy, nie poszukujemy innych rozwiązań, nie rezygnujemy z przyzwyczajeń, idziemy wciąż tą samą drogą, choć wcale się nam ta droga nie podoba. Może być też nieco inaczej: decydujemy się na zmiany, ale są one chaotyczne, nieprzemyślane, nie rozwiązujące istoty problemu, a do tego generujące dodatkowe koszty.

 

To dlatego popadanie w taki marazm czy trwałą mierność uważam za coś bardzo groźnego, bo to atakuje stopniowo, po cichu. Bez orkiestry i jednorazowego „bum”  typu „ud..iłem wszystkie oszczędności w Amber Goldzie”, albo „wykiwał mnie wspólnik i jestem 50 tys. w plecy”. A najgorsi wrogowie, to tacy, że nawet nie wiesz o ich istnieniu.

 

Przyczyny? Wg mnie jest pięć głównych (w tej kolejności)
1. Brak zgodności z … samym sobą

2. Brak dogadania ze swoim partnerem

3. Zbyt długie trwanie w „trybie awaryjnym”

4. Brak przekuwania korzystnych momentów na życiowe kroki milowe

5. Brak jakiejkolwiek kontroli nad budżetem domowym

 


Po kolei sobie to rozwiniemy.

 

1. Brak zgodności z … samym sobą

Jeśli „ja” siedzące gdzieś w środku nie jest należycie  skomunikowane z „ja” trzymającym w ręku portfel, to na dłuższą metę nie masz szans być zadowolonym.

Jeśli „ja” z portfelem w ręku nie słucha w spokoju tego „ja” ze środka, to należy zadać pytanie kogo słucha, albo czym się kieruje wydając pieniądze.

Masz abonament na telewizję cyfrową, bo namówił Cię sprzedawca, choć wcale z niej nie korzystasz (ani nawet nie zamierzałeś korzystać w momencie podpisywanie umowy)? Wracasz z zakupów z torbą zbytecznych rzeczy, kupionych „na spontana”, choć wcale Ci nie są potrzebne? Idziesz na koncert artysty, którego niezbyt lubisz, bo namówili Cię znajomi? Kupujesz regularnie w sklepie, w którym ceny są znacznie wyższe od średnich rynkowych, bo tak się już przyzwyczaiłeś?

Zaczynasz oszczędzanie w ramach jakiegoś długoterminowego programu, choćby i dobrego, tylko dlatego, że jakiś doradca Cię do niego namówił? I to w sytuacji, gdy masz nieuregulowane długi drążące Twój portfel dużo szybciej niż zyski z tej inwestycji? Jeśli w ogóle są jakieś zyski…

Kupujesz terenowe auto bo, choć wcale Ci niepotrzebne, pozazdrościłeś koledze podobnego? Kupujesz mieszkanie w mieście w którym na dobrą sprawę nie chcesz dłużej mieszkać?

Spokojne wysłuchanie głosu wewnętrznego „ja” nie musi być łatwe – zagłuszają go krzykliwe reklamy, manipulują nim chytrzy sprzedawcy, a czasem bliskie Ci osoby oferują swoje doradztwo tak nachalnie i nieustępliwie, że nie masz przestrzeni na własne przemyślenia.

W odniesieniu do rzeczy ważnych w życiu (i finansowo „grubszych”) brak tej zgody z samym sobą skutkuje albo biernym tkwieniem nie tam gdzie chcemy, albo częstymi i chaotycznymi ruchami pod wpływem różnych zewnętrznych bodźców, z których pożytku mało, a kosztów dużo.

Czyli albo jest „w gruncie rzeczy nie lubię mojej pracy i wkurza mnie, że tak mało zarabiam, ale jej nie zmienię, bo [długa lista błahych powodów]”, albo: „tak, znów się przeprowadzam, bo koleżanka z podstawówki mieszka w bloku obok i będziemy się mogły odwiedzać na kawę”.

Obie postawy (nadmierna bierność / nadmierny chaos) wynikające z faktu nie słuchania samego siebie nie mają dużych szans doprowadzić Twoich finansów do trwałego satysfakcjonującego poziomu.


2. Brak dogadania ze swoim partnerem

Jestem zwolennikiem pewnej swobody i  odrębności w zarządzaniu jakąś częścią domowych pieniędzy – bo nie chodzi, o to żeby konsultować zakup skarpetek dla niego i opaski do włosów dla nie niej. No, ale grube kwestie bezwzględnie muszą być dogadane. Złe jest zarówno niekonstruktywne blokowanie decyzji jak i nieprzedyskutowane, podjęte samodzielnie decyzje.

Przykład 1: Mąż się nie zgadza na kompleksowy remont dachu, ale nie wymyślił innego rozwiązania na problem, że ów dach przecieka. W końcu przychodzi wielka ulewa i przeciek jest taki, że oprócz [oczywistego już] remontu dachu trzeba malować kuchnię i sypialnię.

Przykład 2: Mąż [szlachetnie!] decyduje o kupnie samochodu dla żony, bo ma ona dalekie i uciążliwe dojazdy do pracy. Jednak  żona w międzyczasie rezygnuje z tejże pracy i znajduje inną, bliżej domu – bo tak była zmęczona tymi dojazdami. Tematu ewentualnego kupna dla niej auta nawet nie podjęła, bo uznała, że pewnie ich nie stać. Po wszystkim auto stoi więc całymi dniami pod domem, a żona chodzi pieszo do nowej pracy, choć … właściwie tylko te dojazdy były mankamentem tej poprzedniej.

Wszystkie takie rzeczy, działają na negatywnie na stan rodzinnych finansów. Co gorsza, zwykle obie strony mają poczucie, że w pewnym sensie są pokrzywdzone. A to jest frustrujące.


3. Zbyt długie trwanie w „trybie awaryjnym”

To jasne, że w życiu zdarzają się trudne sytuacje. Czasem niespodziewane i przykre (np. bliska osoba doznaje wypadku i ląduje w szpitalu), a czasem przewidywalne i radosne, choć wymagające zwiększonego wysiłku (np. pojawia się w domu nowy członek rodziny). Jest ciężko, są inne priorytety. Brakuje czasu, sił, dochodzą emocje. To naturalne, że nie myślisz wtedy o optymalizacji wydatków. Ba, być może nadgryzasz swoje oszczędności, które masz przecież właśnie na takie specjalne okoliczności. Czasem nawet się zadłużasz z poczuciem, że jest to w pełni usprawiedliwione. OK, masz inne priorytety, a optymalizujesz przede wszystkim czas.

No ale, po każdej zmianie w którymś momencie trzeba zacząć „żyć normalnie” i uporządkować sobie sprawy w tej nowej sytuacji, nawet, jeśli jest ona trudniejsza. Nie można jechać na „trybie awaryjnym” w nieskończoność. Bo tak, to zawsze znajdziesz bardzo ważny powód, którym wytłumaczysz fakt, że nie bilansują Ci się wydatki z dochodami i żyjesz na krechę.

Pierwsza praca, sam zarabiam, ale na razie kiepsko. Właśnie się urządzam w wynajętym mieszkaniu – już nie mieszkam z rodzicami! I nie wiedziałem, że za prąd są takie rachunki!

Tak, żenię się! wydatki związane z weselem – no, trochę ich jest. Ale to jest jedyna taka impreza w życiu.

Kupujemy swoje mieszkanie. Naprawdę myślałem, że uda się wyposażyć taniej. Od teraz już zaczniemy oszczędzać

Tak, żoneczka jest w ciąży! Będą wydatki. No i nie bierze już nadgodzin. Ale trudno o bardziej racjonalne wyjaśnienie, że akurat teraz zadłużenie rośnie.

Dziecko!!! Pieluchy są takie drogie? A te zupki w słoiczkach? Czy oni owariowali? Za niedługo staniemy już jednak na nogi, drugie będzie miało ciuszki po starszej siostrze.

Drugie!!! Chłopczyk!!! No, widać w budżecie, że rodzina się powiększa.

Coś tu ciasno na tych 40 metrach …

Nie mamy zdolności kredytowej? Jak to?

 

Sprawne wychodzenie ze stanu awaryjnego na stan normalny (pomimo nowej sytuacji, często wręcz porewolucyjnej) to duża sztuka. Trzeba jednak starać podjąć tego zadania. Trzeba z pokorą przyjąć, że stan rzecz jest taki, a nie inny i się możliwie najlepiej w nim odnaleźć. Inaczej będziesz jak samochód (taki jeszcze z ubiegłego wieku) jadący całą drogę „na ssaniu” (zakładam, że młodzież również wie, co to jest) – kompletnie nieekonomiczne i do tego mocniej zużywające silnik.


4. Brak przekuwania korzystnych momentów na życiowe kroki milowe

Trochę odwrotna sytuacja do poprzedniej: Fortuna nam sprzyja (również dosłownie), a my zamiast zainwestować w coś ważnego z perspektywy życia, albo pospłacać długi, kupujemy nowy telewizor. I w ogóle przyzwyczajamy się, że taki stan to norma i na zbieranie na kupno (przykładowo) domu przyjdzie jeszcze pora. Na razie kupujemy nowszego smartfona.  Znamy to?

A ja zapytam: jak nie teraz, to kiedy? Jak masz zielone światło, to działaj, bardziej zielone może już nie być. Kiedy okres „prosperity” minie, to wtedy o wyjście o poziom wyżej będzie jeszcze trudniejsze.


5. Brak jakiejkolwiek kontroli nad budżetem domowym

Można być generalnie mieć dar podejmowania rozsądnych decyzji. Nawet spontanicznie. I robić to w zgodzie z sobą, partnerem i z uwzględnieniem swojej aktualnej sytuacji. Ale nie mając kontroli na budżetem, nie wiedząc ile na co wydajesz, albo nawet ile zarabiasz (tak! osoby na działalności gospodarczej mieszające budżety domowe z zawodowymi często nie wiedzą, ile zarabiają!) nigdy do końca nie będziesz wiedzieć na co Cię stać. To może skutkować zachowawczością posuniętą do granicy sknerstwa. I frustrującym poczuciem „nie stać mnie”, choć na prawdę może nie jest tak źle. Albo w drugą stronę: uznaniem, że na coś Cię stać, ale to Cię ostatecznie przerośnie. Np. raty za samochód na kredyt. No i sam na siebie wpakujesz w kłopoty, koszty. Być może będziesz musiał zrezygnować z czegoś, co już miałeś – a tego nikt nie lubi.


 

Czy uniknięcie powyższych pięciu postaw da nam gwarancję finansowej satysfakcji? Nie! Są jeszcze inne elementy, jak choćby pokora z przyjmowaniem rzeczy na które nie mamy wpływu (nie mylić z rzeczami na które tak naprawdę wpływ mamy, ale nie chce nam się angażować). Niekoniecznie przysporzy nam to dodatkowej gotówki, ale może bardziej docenimy to co mamy. To też ważne.

Lista potencjalnych błędów w działaniu jest długa i nie byłbym w stanie jej wyczerpać, szczególnie, że trzeba by już wchodzić na poziom bardziej zindywidualizowany. Myślę jednak, że ogarniając te 5 punktów łatwiej Ci będzie samemu dojść do pozostałych, pomniejszych reguł. Warto przy tej okazji zerknąć na wpis o tym, gdzie konkretnie można szukać rezerw do poprawy sytuacji finansowej oraz na coś o ogarnianiu swoich pieniędzy „od samej góry” tj. ustalaniu zasad i podejmowaniu decyzji – to w ramach rozmów o pieniądzach. Polecam!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *