Niezadowolony? To w sumie dobrze…

Jeśli spojrzymy na finansowy aspekt pytania „Jak Ci się powodzi?”, to wielu odpowie, że kiepsko. Być może wśród tych osób jesteś Ty. Jeśli nawet nie tak kiepsko, to pewnie mogłoby być (i powinno) znacznie lepiej. Lista winnych takiego stanu rzeczy jakich wskazałbyś w pierwszym odruchu może obejmować:  niemądre prawo, nieefektywny rząd, miernych urzędników, kryzys gospodarczy, „banksterów” i sknerowatego szefa. Irytująca jest bezsilność wobec instytucji/ludzi/zjawisk działających wysoko ponad naszymi głowami.

Podejdź do tego spokojnie. Nie musisz czuć zażenowania, że nie masz wpływu na ministra, premiera, politykę NBP, czy cenę ropy. Akurat w kwestii konkretnie Twojej sytuacji finansowej, ich wpływ jest bardzo pośredni.

Low key portrait of man sitting in dark and contemplatingPomyśl, cóż mogliby zrobić dla Ciebie wszyscy z „listy winnych”? Jedynie tyle, że Ty, nie zmieniając niczego w swoim życiu, miałbyś nieco więcej pieniędzy. Docelowo, jak koledzy „po fachu” z zachodu Europy.

Jak to <jedynie> – toć to zasadnicza sprawa!” – pewnie się oburzysz.

Oj tam, oj tam… pewnie, że lepiej mieć więcej niż mniej. Ale podstawową sprawą jest rozsądne dysponowanie pieniędzmi, samo pozyskanie większej gotówki nie daje gwarancji dobrobytu (przez dobrobyt rozumiem sytuację w której po prostu stać Cię na realizację celów, które po spokojnym przemyśleniu uznasz za kluczowe dla Ciebie). Tego w dłuższej perspektywie nie gwarantuje ani wygrana głównej nagrody w loterii (mnóstwo ludzi nie tylko roztrwoniło fortunę, ale i popadło w długi), ani niezłe zarobki (na pewno sam znasz osoby, które mimo dobrej pracy i płacy ciągle tylko narzekają, że w sumie to na nic większego ich nie stać, bo „życie” tyle kosztuje). A koledzy po fachu z  zachodu, mimo dobrych płac niejednokrotnie mają takie długi, że na prawdę nie ma  im czego zazdrościć.

A więc, na początek przyjmijmy, że pieniędzy mamy ile mamy. Sprawdź, czy w Twoim przypadku zasadnicze rezerwy nie tkwią czasem w niezbyt dobrym zarządzaniu nimi. Co mam na myśli?

– Kupowanie rzeczy niepotrzebnych.

– Kupowanie rzeczy w zasadzie potrzebnych, ale jednak nie zupełnie…

– Kupowanie w zbyt drogich miejscach.

– Zaciąganie niekorzystnych kredytów (w tym zakupy na raty).

– Nieroztropne inwestowanie tego, co w pocie czoła zarobiliśmy i przeznaczyliśmy na oszczędności.

Rozwińmy to.

Kupowanie rzeczy niepotrzebnych

Na początek rzeczy oczywiste. Nałogi – nie tylko szkodliwe, ale i kosztowne. Mandaty – podobnie. Bardziej przepisowa jazda nie tylko jest bezpieczniejsza, ale znacznie zmniejsza ryzyko otrzymania kary.

Idźmy dalej: Spontaniczne zakupy w stylu „namówiła mnie hostessa, choć w sumie nie wiem po co mi to” , albo „akurat mi się spodobało na wystawie, chociaż wcale nie potrzebowałem tego kupować” . Ostatecznie korzyść zwykle jest niewielka, a ubytek w budżecie duży.

Kolejny przykład: „Ale okazja! Rzeczywiście super cena” . I niech to faktycznie będzie tanie, tylko co z tego, skoro okazja dotyczy czegoś, czego nie potrzebujesz? Pamiętaj – fakt, że coś jest dobre i tanie nie oznacza jeszcze, że masz to kupować (bezwzględny warunek konieczny każdego zakupu brzmi: „jest mi to potrzebne”)

I jeszcze jeden przykład: niby jakoś przemyślane decyzje zakupowe – ale takie, gdy głównym powodem jest to że:

„sąsiedzi też mają traktorki-kosiarki i sobie chwalą” [a sam mam raptem 6 arów działki],

nie zależy mi na drogich torebkach, ale nie chcę odstawać od koleżanek, więc …” , czy też:

robią już nowszą wersję tabletu, na pewno będzie fajna” [ten, którego używam ma pół roku].

Dziecinada? Hmm, a czy nie zdarza się dorosłym?

Żeby jednak było jasne – ani trochę nie neguję tu wydawania pieniędzy na rzeczy związane z przyjemnościami / relaksem. Bilet na koncert ulubionego artysty, czy mecz drużyny której kibicujesz, książka, płyta, wyjście ze znajomymi do miasta … to wszystko są rzeczy, na które może się znaleźć miejsce w budżecie, jak na każde inne. I, jak każde inne, te potrzeby też powinny być zaspokajane z głową. Kupić płytę ulubionego artysty – czemu nie? Kupić płytę, tylko dlatego że jest promocja, choć za danym artystą właściwie nie przepadam – hmm … może jednak niekoniecznie?

Kupowanie rzeczy w zasadzie potrzebnych, ale jednak nie zupełnie…

Po pierwsze nadmiar. Abonamenty (np. telefoniczne) w wersjach premium których nawet w połowie nie wykorzystujemy, drogie konta bankowe „VIP” z darmowymi usługami, z których nigdy nie korzystamy. Nadmiar prądu (bo nie gasimy światła i mamy nieoszczędne żarówki). Nadmiar jedzenia – po prostu, psuje się i wyrzucamy. Optymalizacja w tym zakresie skutkuje zaoszczędzeniem pieniędzy, bez odczucia jakiegokolwiek braku i dyskomfortu.

Dalej: zbyt specjalistyczne (i drogie zarazem) narzędzia, urządzenia, sprzęt turystyczny, sportowy – kompletnie nie wykorzystujemy ich możliwości (potrzebny namiot na letni wyjazd na Kaszuby – a kupujemy taki, który dałby radę na ośmiotysięczniku w Himalajach).

Wybór bardziej na pokaz niż dla spełnienia istoty swojej roli (samochody, meble, ciuchy).

I jeszcze jedno: „nawet tanie, ale byle jakie” – np. buty na zimę. Efekt jest taki, że nawet chwilowo zaoszczędzimy. Tylko, że w gruncie rzeczy nie załatwimy sprawy, tzn. za miesiąc buty się rozwalą, temat wróci i trzeba będzie kupić kolejne. Oczywiście jeszcze gorzej, gdy kupi się zupełnie nie takie jak trzeba (np. buty nieocieplane, a potrzebne na zimę).

Kupowanie w zbyt drogich miejscach.

Załóżmy, że nawet kupujemy dokładnie to co trzeba. Tyle, że możemy sporo przepłacić, gdy nie mamy rozeznania, gdzie najlepiej kupić.

Czy wiesz że różnice w cenach identycznego RTV/AGD między sklepami to nawet kilkadziesiąt procent? Sprawdź na pierwszej lepszej porównywarce cen. Sieci, które najgłośniej się reklamują na czymś muszą sobie odbić koszty kampanii. Nietrudno się domyślić, kto ostatecznie za to płaci.

Żywność/środki czystości – tu różnice najczęściej są mniejsze. Chyba, że zakupy regularnie robisz w całodobowym pod blokiem albo na  stacji benzynowej. Ale np. 4.5 litra tego samego litra płynu do prania potrafi raz kosztować 45zł a raz 25zł (bo akurat jest promocja).

Nie, nie twierdzę, że ciągłe podążanie za promocjami powinno być sednem sprawy – według mnie zazwyczaj szkoda na to czasu. Owszem, w przypadku rzeczy, które się długo nie psują (jak ów płyn do prania) można faktycznie przy okazji promocji zrobić trochę zapasu. Ale przede wszystkim ogólnie ma być w miarę tanio i wygodnie (np. po drodze z pracy). Po prostu: warto mieć rozeznanie co ile zwykle kosztuje i starać się nie płacić ponad normę. Niekoniecznie zawsze musisz kupić najtaniej.

Dalej: serwis samochodowy, fryzjer, prywatny dentysta – temat trudniejszy, bo w grę wchodzi i cena i jakość. Często jednak lepszą jakość oferuje mechanik/fryzjer z mniejszego i tańszego warsztatu samochodowego/salonu fryzjerskiego niż „masówka” ze znanym logo, miłą obsługą klienta, ale … wcale nie lepszą fachowością w kwestiach zasadniczych. Za to z wyższymi cenami. Przemyśl, jak z tym jest u Ciebie.

Zaciąganie niekorzystnych kredytów (w tym zakupy na raty).

 Poza aspektem, że to może być niebezpieczne dla Twoich finansów – po prostu: jeszcze drożej płacisz za te wszystkie rzeczy. Raty „zero procent” istnieją tylko w bajkach… i niektórych sklepach, które jednak należą raczej do tych droższych.

Nieroztropne inwestowanie tego, co w pocie czoła zarobiliśmy i przeznaczyliśmy na oszczędności.

Nic, tylko się załamać. Zaciskasz zęby, oszczędzasz i … jeszcze na tym tracisz. Głupie, nietrafione decyzje, niedopasowanie formy oszczędzania do horyzontu czasowego. OK, czasem dobrze przemyślana inwestycja się nie uda – zdarza się. Ale częściej to po prostu naiwność, niedbałość, frajerstwo. Inwestycje w produkty, których nie rozumiemy (np. tzw. produkty strukturyzowane), podążanie za owczym pędem i kupowanie akcji / funduszy akcji, gdy akurat ceny sięgają zenitu i sprzedawanie gdy są na dnie. Kupowanie poliso-lokat bez świadomości o sposobie naliczania opłat. Niestety, często nie przykładamy odpowiedniej uwagi gdzie lokujemy nawet kilkuletnie oszczędności – nieraz więcej czasu spędzamy przy wyborze sandałów… jednym słowem: sami się prosimy, by dać się oskubać.

 

Wszystkie rzeczy z punktów 1-5 mogą się  kumulować. Tzn. można kupić coś niepotrzebnego, i to kompletnie zbytecznie w wersji „premium” , zrobić to w drogim sklepie i jeszcze posiłkując się kredytem. A gdy dostaniemy w pracy premię, to zamiast czym prędzej spłacić kredyt, przekazujemy pieniądze na bezsensowną inwestycję.

Po tym wszystkim nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że w jednej rodzinie na realizację tych samych  potrzeb i życie na tym samym poziomie wydawane jest średnio 4.000 zł miesięcznie, a w drugiej 6.000 zł. I nie mówię tu o żadnych skrajnościach.

OK, życie jest życiem – nie ma szans na idealną optymalizację. Ale czym innym jest nie najlepiej wydać 5% budżetu, a czym innym głupio przefrajerzyć 30% i więcej.


Dopiero, gdy przejdziesz przez powyższe i dalej jesteś niezadowolony, pomyśl o zwiększeniu środków. Postaw więc sobie jeszcze jedno pytanie:

Co zrobiłem, aby lepiej wykorzystać moje podstawowe zasoby: czas i talent? A wchodząc w szczegóły:

Czy zarabiam poza głównym miejscem pracy? Szukam czegoś dodatkowo w swojej najmocniejszej specjalizacji? Skutecznie?

Czy zarabiam też poza zawodem? Jak wyżej, tylko poza głównym zawodem?

Co robię sam wykorzystując swój „pozazawodowy” czas?  Odpoczywaj, rozwijaj się – jasne. Ale jak już nie masz nic ciekawego do roboty, to może zrób coś pożytecznego? Na tyle na ile potrafisz. Może obiad do podgrzania w pracy, może dżem ze śliwek, może przeróbkę krawiecką, a może mały remont? Ile zrobisz sam, tyle mniej zapłacisz innym – głównie za rożne usługi. W pewnym sensie zarobisz te pieniądze.

Czy poświęciłem chwilę, by zobaczyć co mi się po prostu należy (ulgi podatkowe, pomoc państwa, zakładu pracy)? Czasem trzeba tylko wypełnić formularz, zanieść go gdzie trzeba  i otrzymać należne pieniądze („becikowe” , dofinansowanie do „wczasów pod gruszą” itp.). Czasem odpowiednio uwzględnić ulgi przy wypełnianiu PIT – niewielki nakład pracy, a całkiem konkretne pieniądze. Zdumiewające, ale wielu ludziom nie chce się tego zrobić.

Jak się rozwijam zawodowo? – Czy daję powody do ubiegania się o podwyżkę? Czy staję się „łakomym kąskiem” na rynku pracy?

 

Podsumujmy.

Fakt niezadowolenia jest pierwszym bodźcem do rozwoju. Nie ma chęci dążenia do jakichkolwiek zmian, gdy akceptujemy dany stan rzeczy. Lista tego, co potencjalnie możesz poprawić sam jest dość długa – idę o zakład, że choćby część powyższych punktów odnosi się do Twojego przypadku.

Niezadowolony? To dobrze. Bo chcesz poprawić swoją sytuację. I z pewnością masz potencjał, by to zrobić! Do dzieła!


Tutaj: Kto mi powie jak porządnie ogarnąć swoje finanse?

A tu o tym jak nie dać się zmanipulować w ocenie „na co mnie stać?”


 

6 komentarzy

  • Ilona

    Super, bardzo mądre! Podoba mi się podejście, że życie od nas samych przede wszystkim zależy. Faktem jest, że niektóre zawody są lepiej opłacane inne mniej (np nauczyciele – gorzej gdy to mąż nim jest, bo marne szanse na wzięcie na siebie ciężaru utrzymania rodziny). Ale w gruncie rzeczy – jeśli jest się niezadowolonym – można się doszkolić, znaleźć lepsze miejsce pracy. Poszukać niewykorzystanych źródeł dochodu. Najgorzej gdy ktoś narzeka i nic z tym nie robi – bo uznaje że to wina „systemu”….marne ma szanse na zmianę na lepsze i nawet nie wie – że sam sobie to zawdzięcza…

    • Mateusz Nikodem

      Cześć! Dzięki za komentarz. Zgadzam się, że dokonywanie zmian po stronie dochodowej może być trudniejsze, bo może w grę wchodzić nawet rewolucja typu zmiana zawodu, czy miejsca zamieszkania. Czyli rzeczy, wymagające odważnej decyzji, która wiele zmieni i niesie ze sobą również ryzyko. Dlatego sugerowałem, by jednak zacząć od optymalizacji strony wydatkowej, którą można robić „krok po kroku”. Poprawa strony dochodowej czasem jest możliwa w swoim miejscu i swoim zawodzie, ale zgadzam się, że nie zawsze. I wtedy dochodzimy do pytania, z którym trzeba się poważnie zmierzyć: zmieniać zawód/miejsce, czy zaakceptować ten stan rzeczy doceniając inne (niefinansowe) plusy zachowania status quo? Bo chyba z każdym niemal zawodem wiążą się jakieś korzyści, którym możemy przykładać mniejszą lub większą wagę. Może w czyimś konkretnym przypadku te korzyści są warte tego, by godzić się na nieco mniejsze zarobki? To zawsze będzie indywidualna ocena. Ale jeśli nie lubimy swojej pracy, niefinansowe benefity z nią związane są dla nas mało ciekawe i do tego zarabiamy w niej mniej niż moglibyśmy w innym zawodzie, to chyba nie warto narzekać, warto coś zmienić, nawet radykalnie! Pozdrawiam

  • Ewa

    Czasem też warto trzymać paragony i reklamować rzeczy. Nie zawsze chce się to robić 🙂 Ja ostatnio nie dopilnowalam OC samochodu. Okazało się, że nie dopilnowalam wypowiedzenia umowy a zawarlam z innym ubezpieczycielem. W rezultacie miałam OC x 2. Napisałam reklamacje i zamiast 500 zł zapłaciłam 7 zł. A wystarczył mail. Przysłali mi peknieta kuwete dla kota. Pieniądze zwrócili a kuwete skleilam. Prawie 100 zł w kieszeni.

    • Mateusz Nikodem

      Pełna zgoda! Porządek w dokumentacji różnego typu „spraw urzędowych” to bardzo ważna sprawa. Najczęściej przypominamy sobie o tym dopiero gdy trzeba coś zareklamować lub odkręcić jakąś sprawę/zakup. Dzięki za trafne spostrzeżenie, pozdrawiam!

  • natasza

    Pierwszy raz tu jestem,trafiając z podobnego bloga i z przyjemnością przeczytałam ten wpis.Trafny,fajnie napisany, dobrze ujmuje sedno sprawy.Będę tu wracać-choć mam 2 ulubione blogi to nowe ujęcie niby tego samego tematu dobrze mi zrobiło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *